Monthly Archives: Kwiecień 2010

Maraton z Babiej Góry do Jałowca


Z samego rana z Mańkiem udajemy się busem do Zawoji (żeby tradycji stało się zadość, do busa wsiadałem ostatni i minutę później już ruszaliśmy). Droga się dłuży, ciasno, ale przynajmniej pogoda zapowiada się ciekawie. Po dojechaniu na miejsce atakujemy jeszcze przydrożny sklepik i ruszamy na szlak. Wchodzimy do lasu i na dzień dobry mały problem z orientacją w terenie i ustaleniem kierunku niebieskiego szlaku. Idziemy lasem, po kilkudziesięciu minutach dochodzimy do polany i słońce przekonuje nas do zdjęcia bluz. Pogoda zapowiada się naprawdę super. Spotykamy na szlaku jeszcze jakieś małżeństwo które szybko zostawiamy w tyle i zmieniamy szlak na czarny zmniejszając czas przejścia o 1/3.

Polski Mont Blanc

Read the rest of this entry

Reklamy

Skrzyczne


Czterech głupków z Enigmą na Skrzyczne raz wyjść chciało,
mało brakło, a by im się to nie udało.
Piw kupili dwa tuziny licząc jeszcze na schroniskowe maliny.
Do malin dolali piwa pięć litrów i zabrali się za pozbywanie sików.
Podejścia były ciekawe, widzieliśmy nawet Warszawe.
W drodze na Malinowską skałę znaleźliśmy auto… prawie całe.
Z puchatym wsiedliśmy za stery i szukaliśmy kozic dla jakiejś bajery.
Pustki na szlaku i pogrzeb w Krakowie więc zaświtało nam w głowie.
Kiełbasa miał pomysł przeklęty „schowajmy sobie piwo między grzędy”
W śniegu je zakopaliśmy i w drodze powrotnej trochę się schlaliśmy.
Szczyt został zdobyty w stylu łojantów, ludzie patrzyli jak na palantów.
Kontakt z Krabulem udało się złapać i w stronę Pilska GEKONOWI pomachać.
W drodze powrotnej towarzystwo się rozśpiewało i małą jaskinie spenetrowało.
Ciasno i ślisko tam było, a światło nam się chrzaniło.
Skończyłem z kiełbasą piwo ostatnie, kierowca myślał, że zaraz padnie.
Zjedliśmy obiad konkretny i nagle krzyknęliśmy „O rety!”
Wielkie gady pojawiły się na drodze, prawdziwy raptor warczał w zagrodzie.
Do tricareratopsa Enigma się przytuliła, ale kiełbasę i tak ochrzaniła.
Profesor przegrzebał kosze, a ja ze śmiechu padłem na nosze.
Wczołgał się później do tunelu ciemnego, złapaliśmy głupawkę nie wiedzieć od czego.
Znaleźliśmy ściankę na uboczu żeby t-rexowi zejść z oczu.
Po wszystkim trafiłem na wyspe, niestety słońce było nieczyste.
Nie opalony, lecz rozbawiony zobaczyłem, że Puchaty jest już zmęczony.
Z Eweliną mnie pogonili i do domu żeśmy wrócili.

Bagaż doświadczeń

Read the rest of this entry

%d blogerów lubi to: