Maraton z Babiej Góry do Jałowca


Z samego rana z Mańkiem udajemy się busem do Zawoji (żeby tradycji stało się zadość, do busa wsiadałem ostatni i minutę później już ruszaliśmy). Droga się dłuży, ciasno, ale przynajmniej pogoda zapowiada się ciekawie. Po dojechaniu na miejsce atakujemy jeszcze przydrożny sklepik i ruszamy na szlak. Wchodzimy do lasu i na dzień dobry mały problem z orientacją w terenie i ustaleniem kierunku niebieskiego szlaku. Idziemy lasem, po kilkudziesięciu minutach dochodzimy do polany i słońce przekonuje nas do zdjęcia bluz. Pogoda zapowiada się naprawdę super. Spotykamy na szlaku jeszcze jakieś małżeństwo które szybko zostawiamy w tyle i zmieniamy szlak na czarny zmniejszając czas przejścia o 1/3.

Polski Mont Blanc

Podejście czarnym szlakiem do schroniska dosyć strome ale nie na tyle żeby była konieczność robienia odpoczynków na szlaku. Docieramy do Markowych Szczawin i naszym oczom ukazuje się piękne, odremontowane schronisko. Mnóstwo flag, banery z hasłem OTWARCIE SEZONU TURYSTYCZNEGO LATO 2010, nagłośnienie, okazjonalny ołtarz, malutkie muzeum, masa turystów i filanców ściągająca na mszę, czyściutkie kible jak w pięciogwiazdkowym hotelu, okazjonalne pieczątki i bardzo fajne katalogi dostępne za darmo tylko w ten jeden dzień. Całość robi naprawdę świetne wrażenie, dopełnieniem szczęścia jest oczywiście złocisty napój.

Modlymy sie o dużo szczytowań

W końcu dochodzimy do wniosku, że wystarczy tego dobrego i trzeba ruszyć na szczyt. Od początku planowaliśmy wejście przez Perć Akademików i mimo iż oficjalnie była jeszcze zamknięta to dostaliśmy ustne pozwolenie od jakiegoś filanca na przetarcie szlaku. Za nami podążają jeszcze dwie dziewczyny które w pełnym osprzęcie mają problem z pokonaniem oblodzonych schodów, początki zawsze są trudne… Po drodze nawiązujemy kontakt z kiełbasą który uczył się od Włodzimierza sztuki podrywania i co do czego służy.
Cały czas brodzimy w śniegu i staramy się utrzymać tempo żeby przed 11 być w okolicach szczytu, za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć zapadania się po kolana w mokrej brei. Pokonujemy łańcuchy gdzie trochę się wygłupiamy i przez przypadek budzimy śpiącego nietoperza, później ślady się rozchodzą w trzech kierunkach, a szlaku nie widać. Wybieramy wydaje nam się ten najbardziej przetarty co jak się później okazało wcale nie znaczyło łatwiejszy i właściwy. Brodzimy gdzieś w kosówce i skalnym rumowisku, a na właściwe tory wracamy dopiero przed samym szczytem.
Mimo słońca i praktycznie bezchmurnego nieba na widoki nie mamy co liczyć i nawet tatr nie widać. Robimy sobie obowiązkową sesję zdjęciową na szczycie i pijemy browarki (miały być dwa na dzień, a wyszły dwa do pierwszego szczytu). Nie ma sensu leżeć w błocie i marznąć na zimnym wietrze więc ruszamy w dalszą drogę w stronę najważniejszego szczytu tego dnia.
Idziemy zielonym szlakiem przez Małą Babią z której robimy po prostu zajebisty dupozjazd! Współczuję ludziom którzy wychodzi od tej strony bo rynna od zjazdów była już dobrze wyślizgana, długa i pozwalała rozpędzić się do jakiś 60km/h. Zasuwamy dalej i chyba gdzieś za Czarną Halą robimy sobie kolejną przerwę tym razem piwkowanie połączone z opalaniem. Jest pięknie!
Po pół godzinie zbieramy się do dalszego marszu i idziemy w stronę Mędralowej którą niestety z powodu braku czasu omijamy i skręcamy w zielony szlak. Co jakiś czas pojawia się jakieś miejsce widokowe z którego widać drogę która pokonaliśmy i masyw Babiej Góry. Idziemy kolejno przez Kolisty Groń, Przełęcz Klekociny i zbaczamy na chwilę ze szlaku do Stacji Turystycznej gdzie niestety nie ma żadnego jedzenia. Jesteśmy strasznie głodni ale brakujące kalorie nadrabiamy kolejnym piwem. Po naładowaniu baterii wracamy na szlak i podchodzimy na kolejny szczyt za którym odbijamy już na żółty szlak prowadzący do naszego głównego celu jakim jest Jałowiec. Na polanie mamy jeszcze mały problem z obraniem właściwej ścieżki bo nigdzie nie widać oznaczeń, a szlakowskaz kieruje nas w chaszcze. Suma summarum obieramy właściwy kurs i zaczyna się mozolne podejście. Podejście? Wcześniej trzeba jeszcze zejść z Czerniawy Suchej, a jesteśmy już tak wyczerpani, że nie możemy przestać gadać o jedzeniu w schronisku. Namawiam Mańka na krótki postój, siadam na pieńku i praktycznie przysypiam. Trzeba się wziąć w garść! Maniek czeka aż dojdę do siebie, zaciskam zęby i zmuszam się do każdego kolejnego kroku. Wejście na to 1111 m n.p.m. to jest po prostu agonia. Jedyne porównanie jakie mi przychodzi do głowy to zimowe wejście na Krzyżne. Wiem, że szczyt jest tuż, tuż ale przeraża mnie każdy metr który muszę jeszcze pokonać. Odwracamy się jeszcze żeby rzucić okiem na panoramę, Manfred robi jakieś fotki, ja to olewam. Nie mam siły delektować się widokami. Dochodzimy w końcu na szczyt, padam przy jakimś wygodnym wzniesieniu i ucinam sobie małą drzemkę. Maniek znowu mnie budzi na kolejną sesję zdjęciową, dociera do mnie, że już nie muszę iść pod górę i mimo iż musimy zrezygnować z posiłku w schronie i zaraz ruszać na ostatniego busa do Zawoji to jednak suszę zęby do tego aparatu bo to był naprawdę dobry dzień. Wycieńczeni, głodni, zmęczeni po przejściu nie wiem ilu kilometrów wracamy do Krakowa. Trochę przysypiamy w busie ale cel został zrealizowany, właśnie czegoś takiego mi brakowało!

Jałowiec

Reklamy

Posted on 25/04/2010, in Górki i pagórki, Wyrypy i trochę trudniejsze wypady and tagged , , , , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: