Wycof spod Przełęczy


Przez cały sezon pogoda nas nie rozpieszczała, więc zgrzeszylibyśmy nie korzystając ze słońca w tatrach na początku października. W niedzielę o 18, prosto z pracy jedziemy niezniszczalnym Bravo w stronę Łysej Polany. Samochód zostawiamy na parkingu, góral po wzmacnianej herbatce mówi, że będzie pilnował żeby żaden miś się do niego nie dobrał i spokojnym krokiem ruszamy asfaltem do schroniska w Roztoce. Spokojny krok, kończy się po kilku minutach gdy słyszymy jakieś ruchy w lesie i dzięki temu meldujemy się kwadrans przed zamknięciem kuchni w schronie. Jesteśmy trochę zdziwieni bo wszędzie plączą się licealiści. Skoro nie będzie snu to będzie ZTGM, zamawiamy do piwa naleśniki i grillowane oscypki z żurawiną, później jeszcze jakieś wino leci i reszta piw chyba zostaje nam na poniedziałek. Wstajemy w miarę lekko o 6, zbieramy się z łóżka, zostawiamy śpiwór na parterze i żwawym krokiem ruszamy w stronę Morskiego Oka.

Mięgusze, Cubryna i Mnich z drogi do MOKA

Idzie się bardzo dobrze, jest rześko i widać, że pogoda jest dla nas łaskawa. Przy pierwszym checkpoincie jakiś gość chce się do nas przyłączyć ale zamiast na Przełęcz pod Chłopkiem woli iść na Szpiglas, tak więc dalszą drogę idziemy sami. Strasznie nas suszy i uzupełniamy butle wodą z Czarnego Stawu pod Rysami.

Przy wodopoju

Bez raków jest mało fajnie

Pilarka Malutka i Mięgusz Wielki

Cały czas wyprzedzamy słońce i mimo że nie ma ani jednej chmurki na niebie, a słońce oświetla całą okolicę, my cały czas od Morskiego Oka idziemy w cieniu. Robi się coraz cieplej, ale jak widać jeszcze ciągle za zimno. Już przed Bańdziochem mamy pierwsze konkretne warstwy lodu które utrudniają przejście. Ostrożnie pokonujemy oblodzone, zimne kamienie i przed miejscem gdzie odbija się ostro w lewo zatrzymujemy się uzupełnić energię i rozgrzać się herbatą. Siadamy na wielkim głazie i nagle zonk… odpiąłem przez przypadek kask od plecaka i widziałem jak skubaniec zasuwa na dół drogą którą dopiero co pokonaliśmy. Leci, leci i leci. Myślę pięknie, już po garnku. W końcu zatrzymał się między kamieniami… sporo niżej. Szybka mobilizacja, zostawiam zbędne rzeczy Pilarce i biegnę w dół. No właśnie, bieg szybko zmienił się w ostrożne schodzenie i opuszczanie się na rękach (czemu zostawiłem rękawiczki na górze?). Akcja zakończona powodzeniem, przy okazji zdążyłem się zorientować, że zejście do najłatwiejszych nie będzie należało. Odpoczywam chwilę, garnek już na głowie i bezpiecznie mogę ruszać w dalszą drogę.

Na dole plaża, na górze lód…

Zaczynają się miejsca gdzie trzeba sobie pomagać rękami ale tempo mamy dobre, a przez widoki w ogóle nie czujemy zmęczenia. Zasuwamy jednostajnym tempem do góry, pokonujemy kolejne klamry, mijamy charakterystyczną klamrę, przechodzimy nad przepaścią od strony Wołowego Grzbietu, Pilarka tnie pierwsza ostro do góry i… koniec. Cała ściana skuta lodem, Ewa wisi sobie wbita w skałę jakieś dwa metry nad wypłaszczeniem, zero chwytów, do klamry za daleko. Wiemy już, że o celu możemy zapomnieć, pytanie tylko jak zejść w dół. Odkładam zbędne rzeczy, plecaki, aparaty w bezpiecznym miejscu i asekurując Pilarkę staramy się wrócić do wcześniejszych klamer. Trochę czasu nam zeszło, sił nie mniej, a do tego najedliśmy się sporo strachu bo miejsce na błąd bardzo nie przyjemne. Za szybko zaczęliśmy wchodzić w kominek i nie zorientowaliśmy się nawet, że bez sprzętu nie ma szans go pokonać. Schodzimy do Kazalnicy i odreagowujemy stres herbatą i widokami które są po prostu genialne! Po nas wychodzi jeszcze jedna para i tym razem to gość się wcisnął w lód, kończąc swoją podróż na tym samym etapie co my, później minął nas jeszcze jakiś człek w krótkich spodenkach który dużo mówił o Mięguszu Wielkim ale skończył wcześniej niż wszyscy i powiedział, że dobre miejsce żeby się zabić. Widzieliśmy się z nim jeszcze raz przy parkingu na Palenicy i chyba nabawił się lekkiej kontuzji bo kulał. Podsumowując mimo iż cel nie został osiągnięty wycieczkę na pewno zaliczymy na plus bo można było się trochę pobawić ze skałą, szkoda, że nie wzięliśmy szpeja. Ani na Przełęcz pod Chłopkiem, ani z tego co w schronie mówili na Rysy od strony Polskiej nikt nie wyszedł mimo pięknej pogody. Na pewno w przyszłym roku przeprowadzimy jeszcze jeden atak bo przecież… mądry wycof nigdy nie przynosi ujmy:)

Advertisements

Posted on 12/10/2010, in Tatry Polskie, Tatry Wysokie, Zorganizowana Turystyka Górsko Melanżowa and tagged , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: