Małe jest piękne – 2429


15 godzin akcji górskiej, 20 godzin łącznie z przejazdem, wschód, szczytowanie, piękne widoki, błądzenie w ciemnościach i skrajne wyczerpanie. Mam nadzieję, że przynajmniej częściowo uda mi się opisać odczucia jakie nam towarzyszyły we wtorek. Zaczęło się standardowo, zadzwonił budzik oznaczający wybicie 3:00. Zwlekamy się z łóżka, lekkie śniadanie, kawa i w niezniszczalnym Bravo obieramy kurs do Tatrzańskiej Polanki. Na zakopiańskich serpentynach jedzie przed nami jakiś wielki dziwoląg białym zdezelowanym busem obklejonym napisami JAHWE, CZŁOWIEK – NIEWIASTA, SZATAN=ZŁO itp. przerażające co ludzie mają pod kopułą! Dojeżdżamy na miejsce i kierujemy się dobrze znanym zielonym szlakiem w stronę Śląskiego Domu. Przed wejściem do lasu mamy przyjemność podziwiać wschód słońca nad Słowacją i Tatrami Niżnymi, jest pięknie!

Jest warun!

Jest rześko więc idzie się dobrze, dobrym tempem, pierwsze lody i śniegi zaczynają się w lesie, ale jakaś konkretniejsza warstwa przykrywająca kamienie zaczyna się dopiero przy Wielickim Stawie. Zakładamy raki i przy tabliczce, zakazującej wstępu mijają nas dwaj towarzysze z TANAPu i pozdrawiają przyjaznym „Ahoj”. Puszczamy ich przodem i mamy tylko nadzieję, że nie chcą iść tam gdzie my. Bawimy się trochę w ciuciu babkę i kiedy filance chowają się za zakręt albo wzniesienie my idziemy, kiedy nas obserwują udajemy, że robimy zdjęcia i zaraz wracamy. W końcu odbili w stronę Wielkiej Granackiej Turni, a my możemy przyspieszyć, na wysokości mniej więcej Granatowego Kotła widzimy, że wracają więc przyspieszamy jeszcze bardziej. Okazuje się, że TANAPowcy wracają do schronu więc rozsiadamy się pod Suchą Kopą Wielicką i opalamy chwilę w słońcu. Wszystkie chmury wiszą nisko nad Słowacją więc widoki mamy jak z bajki, wiatru praktycznie zero, czasami czuć tylko lekkie podmuchy halnego. Zbieramy się i idziemy dalej. Trzeba się trochę pomęczyć bo doszliśmy do większego zrębu i za bardzo zboczyliśmy ze szlaku, na szczęście widać, że ktoś wczoraj lub przedwczoraj szedł już tą trasą i jest gdzie nogi stawiać. Dochodzimy do Długiego Stawu i ubieramy stuptuty (czemu tego nie zrobiliśmy wcześniej?). Bez zbędnego marnowania czasu idziemy dalej, niestety wysokość robi swoje i Wielickim Kotle musieliśmy znaleźć dogodne miejsce do podpięcia tlenu.

Gerlach i ZTGM

Podejście na Polski Grzebień

Kończymy relaks gdy Gerlach zabrał nam słońce. „Dobra to teraz na maksa do Polskiego Grzebienia” mówię. Ewa robi dodatkowe kilkadziesiąt metrów dochodząc do Górnych Wielickich Stawków i dalej przy ścianie Wielickiego Szczytu wznosi się do Polskiego Grzebienia. Ja zostałem trochę z tyłu i postanawiam ściąć drogę i dopiero na wysokości ok 2100 m n.p.m. odbijam ostro w stronę skał obawiając się czy nie podetnę jakiejś lawiny. Wspinaliśmy się pierwszym żlebem od lewej do Polskiego Grzebienia, super zabawa z odrobiną adrenaliny, a na ostatnich metrach naprawdę dobrze było trzeba operować czekanem żeby wejść. 2 metry od przełęczy wystawał gładki głaz pokryty dookoła cienką warstwą śniegu, nie bardzo dało się to jakoś obejść i było trzeba wbić czekan nad nim i podciągnąć się aż drugą ręką uda się znaleźć jakiś punkt podparcia. Po wpełznięciu na szczyt wielka radość i satysfakcja, widoki przepiękne, niebo czyściutkie, jest wspaniale!

Radość nie znała granic

Po krótkim odpoczynku idziemy dalej na Małą Wysoką, najpierw ściśle granią, ale po około 50 metrach widzimy, że nieźle się wkopaliśmy i trzeba wrócić. Śnieg zmrożony, wygląda jak zamrożony lukier, raki wbijają się ciężko więc każdy krok wymaga trochę siły żeby w miarę pewnie stanąć. Kawałek przed Polskim Grzebieniem znajdujemy miejsce gdzie możemy się obniżyć i strawersować trudniejszy odcinek. Jest kilka miejsc gdzie serce mocniej bije i trzeba się odchylić w stronę lufy żeby ominąć jakieś występy skalne. Wszystko porządnie zmrożone więc wbijamy czekany najmocniej jak się da i krok po kroku przesuwamy się do przodu. Nachylenie jest duże więc możemy wbić tylko boczne zęby raków i mocno asekurować się czekanem. Przed łańcuchami mijamy jeszcze jedno lufiaste miejsce ale jesteśmy tak skupieni na wbijaniu się w lód i śnieg, że na widoki nie zwracamy specjalnie uwagi, a Ewa nawet zapomniała o lęku wysokości i skupiła się nad tym żeby nie zjechać. Zmęczenie zaczyna dawać się coraz bardziej we znaki, kolana i kostki dają znać, że idziemy w nienaturalnej pozycji i pora odpocząć. Kurde jesteśmy dopiero w połowie drogi. Trasa na szczyt zajmuje w lecie pół godziny, max godzinę, a my od godziny przeszliśmy dopiero połowę drogi. Mamy nadzieję, że dalej będzie łatwiej. Faktycznie po pokonaniu jeszcze kilkunastu metrów zaczęło się po prostu mozolne podejście po stopniach w śniegu na szczyt. Ok 14:30 meldujemy się na wierzchołku, widać wszystko, Lodowy, Wysoką, Ganek, Rysy, Sławkowski, jeb… padły baterie w aparacie. Znowu to samo! Drugi komplet baterii! Mój aparat na mrozie pochłania je szybciej niż czarna dziura. Cóż, kilka fotek telefonem, łyk herbaty i pora schodzić.

Lodowy, Durny, Łomnica, Sławkowski i Staroleśny z Małej Wysokiej

Litworowy, Żlobisty, Ganek, Wysoka, Rysy

Plan zrealizowany w 100% więc zmęczenie zeszło na dalszy plan i z uśmiechami na twarzach schodzimy w stronę Baniastej Turni, a następnie żlebem w dół. Zejście jest dużo prostsze niż podejście, wystarczy uważać gdzie się nogi stawia:) Byliśmy już prawie na szlaku i wtedy przekombinowaliśmy ale nie wiedzieliśmy jeszcze jak bardzo. Przy Suchej Kopie Wielickiej zauważamy coś dziwnego, podchodzimy bliżej, a to jakiś blaszak na wodę czy coś. No dobra, jesteśmy tak blisko to wejdźmy na ten Gul’aty Kopec. Wchodzimy, zaczyna pizgać mocniejszy wiatr, więc pijemy resztę herbaty i decydujemy się schodzić dalej na dół, a nie wracać do miejsca z którego przyszliśmy. To był błąd. Obniżamy się powoli, musimy pokonywać jakieś skały, co chwilę zmieniać trasę bo dalej nie puszcza. Słońce zaraz zajdzie, a my jeszcze na ścianie Kopy. Jesteśmy już kilka metrów nad wypłaszczeniem, ale droga się kończy i mamy urwisko. Załamka, trzeba wracać na górę i szukać innej drogi, idę przodem i sprawdzam po kolei wszystkie mniejsze żlebiki między skałami ale żadnym nie da się zejść na dół. Ewa mówi, że już nie ma siły, nie ma wyjścia, musimy podejść na samą górę bo nie zejdziemy stąd… słońce zaszło, a razem z nim opadliśmy sił. Chwila na złapanie oddechu, robi się zimno, mobilizujemy się i idziemy z powrotem pod górę, znowu ciężka droga połączona ze wspinaczką, noga mi się gdzieś osunęła z kamienia i wbiłem sobie raka w łydkę. Nie ważne, trzeba iść. Dochodzimy do trochę lepszego miejsca, do wierzchołka jeszcze kawałek, ale jest już ciemno, przez okoliczne szczyty nie dociera tutaj nawet światło z księżyca. Totalnie wyczerpani trawersujemy zachodnią ścianę Suchej Kopy Wielickiej, obeszliśmy prawie całą ścianę zanim udało nam się znaleźć żleb który prowadzi na szlak. Zejście na dół strome, posuwamy się bardzo powoli, im bliżej końca tym bardziej zmęczeni, ale też zdeterminowani, dodajemy sobie otuchy nawzajem i modlimy się żeby nie okazało się po raz kolejny, że przed szlakiem jest jakaś kilku metrowa skała która nas nie puści. Ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonywaliśmy trzymając czekan oburącz, a nogi nam chodziły jak galareta. W końcu się udało, jesteśmy na dole! Góra nas puściła, jeszcze tylko jakieś 3 godziny w dół do samochodu z kilkoma prostymi zejściami ale to już pikuś. Nogi mamy jak z waty ale wiemy, że jesteśmy na szlaku i dojdziemy do samochodu, skupiamy się jedynie na tym żeby nie zgubić śladów w ciemnościach. Wiatr dosyć mocno nawiewa śnieg więc widzimy tylko mniejsze wgłębienia które odbijają światła czołówek pod odpowiednim kątem. Gdy zauważyliśmy światła Śląskiego Domu nasza radość nie znała granic, teraz nawet gdyby wyskoczyło stado filanców z niedźwiedziami nie powstrzymaliby nas przed dotarciem do samochodu. Gdy mijaliśmy schron wyszli jacyś ludzie zobaczyć za kim psy tak ujadają i chyba nie pomyśleli o nas jak o normalnych ludziach. Przed wejściem do lasu zdejmujemy raki żeby stopy trochę odpoczęły i ostrożnym krokiem schodzimy dalej żółtym szlakiem… no właśnie, pomyliliśmy szlak z tego wszystkiego, trzeba znowu kawałek wrócić i odbić zielonym w dół. Przed 21 jesteśmy w samochodzie i z głupimi uśmiechami na twarzach ruszamy w stronę domu. Cały dzień przeszliśmy na bułce, czekoladzie i dwóch kanapkach na śniadanie, później byliśmy tak zmęczeni albo pospinani, że mieliśmy ochotę zwrócić to co jedliśmy, a nie uzupełnić energię. Już w Polsce zatrzymujemy się na stacji, można się umyć, zjeść hot doga, wypić kawę, będziemy żyć. Na odchodne dostajemy jeszcze mandat za prędkość od jakichś zjaw w niebieskich mundurach. Jak dla mnie wypad na 110%, były widoki, adrenalina, niesamowite zmęczenie i strach, że jednak będzie trzeba wezwać TOPR, czegoś takiego jeszcze nie czułem. Zdecydowanie wyjście zimowe numer jeden! Jestem usatysfakcjonowany i na jakiś czas mam dość gór… to samo mówiliśmy chyba po torowaniu do Piątki miesiąc temu:)

Reklamy

Posted on 18/01/2011, in Tatry Słowackie, Tatry Wysokie, Wschody, Wyrypy i trochę trudniejsze wypady and tagged , , , , , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: