Gerlach – historia prawdziwa (wycof)


Miał być Gerlach, Ewa chciała zacząć swoją przygodę z WKT, na Rysach była na niższym wierzchołku więc się nie liczą;) Żeby zrobić start z przytupem wybraliśmy Gerlach, na wszelki wypadek najłatwiejszą drogą. Wyjeżdżamy w środku nocy tak, że wschód słońca łapie nas nad Batyżowieckim Stawem, wspaniale prezentuje się Kończysta i Kowadło które doskonale widać z dołu. Robimy sobie krótką przerwę, wydaje nam się, że na szlaku będą pustki bo w końcu środek tygodnia, a prognozy były niepewne, ruszamy… tyle, że zamiast ścieżką od stawu to kombinujemy po głazach przy zachodniej ścianie Gerlachu (może trochę szybciej, ale na pewno mniej wygodnie). Dochodzimy do Batyżowieckiej Próby, szpeimy się. Ponieważ pierwszy raz zabraliśmy ze sobą linę w Tatry to postanawiamy jej poużywać i popróbować zakładania asekuracji i stonowisk… no bo przecież nikt nas nie goni. Pokonujemy Batyżowiecką Próbę, pchamy się dalej bawiąc się jak przystało na kursantów bez instruktora z dolną i górną asekuracją, zakładanie punktów stanowiskowych itp. Idzie się super, pogoda idealna, czujemy, że jest to jeden z tych dni kiedy ma się moc i nie ważne, że spaliśmy 2 godziny i męczące podejście po ciemku dało w dupę, czujemy, że Gerlach to jest pikuś!

Kowadło na Kończystej

Gerlach i Batyżowiecki Szczyt

Cała zabawa zaczyna się psuć gdy zaczynam słyszeć jakieś głosy… kurde jestem trzeźwy więc chyba ktoś gdzieś się wspina. Patrzymy, a tu ze szczytu już schodzi jakaś trzyosobowa ekipka! Bez większego namysłu chowamy się na jakiejś półce skalnej (wszak jesteśmy na drodze zejściowej) mijają nas, ale kawałek dalej się zatrzymują. W sumie możemy odpocząć razem z nimi, czemu nie? Siedzimy, kontemplujemy widoki, podziwiamy Kończystą i zastanawiamy się czemu wschodnia ściana jest tak mało popularna, podziwiamy niepozorny Kostolik na którym zginął Stanisławski i Wojnar… i zauważamy, że ze szczytu zaczyna schodzić kolejna grupa z przewodnikiem. Dobra, wyczekujemy moment i ruszamy. Obydwie ekipki nas minęły więc już bez bawienia się w asekurację i wspinaczkę, ale na lotnej zasuwamy do góry. Idzie się całkiem dobrze i spotykamy kolejną wycieczkę… parzymy Jana, że odpoczywamy, okazuje się, że to polski skład, mijają nas bez gadania i możemy spokojnie iść dalej. Kurcze, nie dobrze, oni chyba w nocy już zaczynali Wielicką Próbę więc pewnie w ciągu dnia masa ludzi się tędy przewinie. Pech chciał, że kolejna wycieczka była ze słowackim przewodnikiem… taki typowy stary, liberalny chłop i mówi, że tutaj się nie wolno wspinać, że jak chcemy, to gdzie indziej, tu jest droga zejściowa itp, ja rżnę głupa i mówię, że my tylko zdjęcia chcemy robić (związani liną i obwieszeni sprzętem) każe nam schodzić, blablabla. K$@#&! Jakiś typek który wyglądał na grubo ponad kilo, a był związany z tym przewodnikiem, mówi, że jeszcze pół godziny do szczytu:/ Trudno, schodzimy, wkurzeni, trochę zrezygnowani, idziemy rozsiąść się na kamieniu przy rozstaju dróg.

Gerlach i Batyżowiecka Próba

Rozkładamy się, teraz mamy wszystko gdzieś, zrypali nam plan, a godzina wczesna, moc jest to wpadł nam do głowy pomysł, że jak tylko się zrobi puściej to biegniemy po głazach do Walowego Żlebu i próbujemy innym wariantem. W między czasie dzwoni wujek żółty i pyta co słychać to streszczam mu po krótce co się dzieje, widzę, że przewodnik z wycieczką się zawija na dół więc mówię, że zadzwonię później i ciśniemy po kamulcach do kolejnego żlebu, a powiem Wam, że bieganie w słońcu pod górę z plecakiem wypchanym sprzętem lekkie nie jest. Docieramy do Walowego Żlebu mocno zmęczeni. Chwila przerwy. Bez jaj! Łapiemy oddech, pijemy coś, na zegarku zbliża się południe, trzeba iść.

W tym momencie zaczęła się prawdziwa tragedia, wiedzieliśmy, że przekombinowaliśmy i lepiej było schodzić. Wychodzę pierwszy, zakładam stanowisko kilkanaście metrów wyżej i zaczynam wciągać plecaki (bo tak sobie wymyśliliśmy), później miała iść Ewa. Idzie pierwszy plecak, jest OK, drugi plecak, OK, idzie Ewa, wpina się i mówi, że już pada z nóg. Ja w sumie też odczuwam zmęczenie, bieganie dało mocno w kość do tego psycha falstartem podłamana uważamy, że najlepiej będzie zejść. Żleb w dalszej części wydaje się w porządku, ale nie wiemy jak wygląda końcowy odcinek, ile będziemy mieli sił i czy pogoda ne załamie się na przejście granią od Przełęczy Tetmajera do wierzchołka Gerlacha. Opuszczam, Ewę, później żeby było łatwiej plecak… i się zaczęło. Plecak zaklinował się gdzieś między głazami i nie chce ruszyć, szarpe liną i nic, Ewa zaczyna wspinać się z powrotem ścianą żeby odblokować plecak, straciłem Ją z oczu i nagle jeb! Widzę jak wyrwałem plecakiem głazior wielkości telewizora i leci teraz na dół. „Kamień!” Słyszę krzyk. Ja pier…! „Żyjesz?!  Nic Ci się nie stało?!” krzyczę, Ewa wyje z bólu,  myśle nie jest dobrze, ale żyje. Wychyla się zza skały, w momencie jak spadał kamień przylgnęła do ściana i oberwała po plecach i udzie. Dokuśtykała w bezpieczne miejsce, ja mocno podenerwowany zrzucam plecaki niżej i z plątającą się liną zaczynam kombinować przy zejściu. Oczywiście nie zauważyłem, że z prawej strony była dogodniejsza droga tylko pcham się po jakichś kijowych chwytach na dół. Ewa na szczęście cała, kuleje, ale da radę iść sama. Siniaków sprawiłem jej tyle, że kolacje i masaż w ramach rekompensaty miałem jak w banku.

Zwlekamy się do Batyżowieckiego Stawu, jesteśmy wkurzeni bo dobrze szło i weszlibyśmy na szczyt gdyby nie przewodnicy, przygotowani byliśmy optymalnie, a tak to po raz kolejny zafundowaliśmy sobie dodatkowe atrakcje. Na szczęście w stawie schowałem kilka piw, wyciągam je spod kamienia zanurzonego w wodzie wzbudzając ogromne zainteresowanie tych którzy akurat sę opalali tuż obok, słyszę teksty w stylu „spoko lodówka”, albo czy nie mam tam jeszcze kilku, a jeden gość to nawet wszedł do wody i zaczął dosłownie nurkować w stawie za browarami… niestety nic nie wyłowił. Relaksujemy się popijać zimne piweczko i podziwiając masyw Gerlacha… tak blisko… 30 minut… pokonaliśmy już trudności!Trudno, wrócimy tutaj! Zejście pół przytomne bo skończyła się woda i zaczęliśmy odczuwać oznaki odwodnienia, na szczęście w samochodzie była jeszcze jedna butelka która ratuje nas przed uschnięciem i to by było na tyle. Powrót spokojny. Była zabawa ze sprzętem, było nocne podejście, była zabawa z liną, widoki, emocje, adrenalina, strach i brakło tylko szczytowania… bo szczęście chyba jednak było po naszej stronie patrząc po obrażeniach, a mając w głowie wizje jak to faktycznie mogło się skończyć.

Advertisements

Posted on 22/08/2012, in Tatry Słowackie, Tatry Wysokie, Wyrypy i trochę trudniejsze wypady and tagged , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. Czyli jak widać następnym razem trzeba zacząć jak „normalni” ludzie od strony Wielickiej Próby 😉
    I fakt, mieliście szczęście… Oby nigdy Was nie opuszczało 🙂

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: