Pogoda rozdała karty – wycof po raz drugi


23.05.2013, 4:00 – dzwoni budzik. Ok 5 jedziemy busem do Krakowa, jakąś godzinę później siedzimy już w pseudo pospiesznym do Zakopanego i o 8:40 startujemy z dworca. W planie mamy dojść Doliną Jaworzynki do Murowańca i następnie w ciągu trzech dni zrobić Grań Tatr Zachodnich.

Przełęcz Liliowe - tutaj zaczęła się zabawa ze śniegiem, wiatrem i mgłą:)

Przełęcz Liliowe – tutaj zaczęła się zabawa ze śniegiem, wiatrem i mgłą:)

Kilkaset przebiegniętych kilometrów, przejechane dwa województwa na rowerze, kilka dni przygotowań, kompletowania sprzętu, robienia pasztecików, czekoladowych ciastek z orzechami i obserwowanie zmieniającej się jak w kalejdoskopie pogody. Nastawienie na zrobienie całej Grani Tatr Zachodnich było olbrzymie, po zaszłorocznej nieudanej próbie, tym razem nastawiliśmy się na masakryczne podejścia, dźwiganie plecaków ( Ewy przekroczył 10 kg, mój miał niecałe 15 kg bez jedzenia), obserwując pogodę nastawiliśmy się nawet na deszcz i zimno, ale to co nas spotkało wypompowało i rozbiło resztki naszej motywacji.

W Murowańcu zmroziły nas ceny obiadów, na szczęście rozgrzała zupa, swoją drogą chyba pierwszy raz nie spotkaliśmy ani jednego turysty w schronisku.

Przed południem jesteśmy już na Przełęczy Liliowe i pomijając mgłę, mroźny wiatr i deszcz ze śniegiem to jest nieźle bo nawet z takim ciężarem skracaliśmy czasy mapowe. Zmotywowani ruszamy granią w stronę Beskida, następnie Kasprowego i zgodnie z planem krótki postój żeby nie paść pod ciężarem plecaków.

Wieje coraz bardziej, widoków żadnych, widzimy jakąś ukraińską wycieczkę która wyjechała kolejką na górę, ale po 5 minutach już wracają z powrotem. My ruszamy dalej, w okolicach Goryczkowej Czuby chwilę siedzimy żeby się rozgrzać bo idąc granią cały czas jesteśmy narażeni na zimne piździdło od którego pozamarzały nam prawe połówki twarzy:)

Goryczkowe

Goryczkowe

Na Czerwonych Wierchach nadzieja w nas odżyła

Na Czerwonych Wierchach nadzieja w nas odżyła

Kondracka Kopa i jedyne okno pogodowe tego dnia

Kondracka Kopa i jedyne okno pogodowe tego dnia

W okolicach Kondrackiej Kopy wiatr osłabł i czujemy tak jakby słońce prebijające się przez chmury, na wierzchołku okazuje się, że pod sobą mamy morze chmur które zalegają równo do 2000 m n.p.m. Pojawiają się jakieś widoki, robi się całkiem przyjemnie więc podbudowani tym faktem udajemy się w dalszą drogę… niestety na kolejnych szczytach Czerwonych Wierchów już nie jest tak pięknie, chmury spowiły wszystko wokół, a na Ciemniaku zrobiła się taka mgła, że ciężko było odnaleźć dalszą drogę. Niepodobała mi się wizja robienia Stołów we mgle, ale czasu mamy na tyle dużo, że powoli można próbować. Nigdy tej części grani nie widziałem więc tempo zwolniliśmy żeby nie zgubić ścieżki która jest na szczęście dosyć wyraźna. Trawersujemy od Słowackiej strony wszystkie turnie, niestety pogoda jest paskudna i tego dnia nie udaje nam się dojść nawet do Tomanowej Przełęczy. Kamienie są śliskie, mgła taka, że słupków granicznych trzeba szukać po omacku niemalże (przez co zapuściliśmy się trochę za bardzo na Słowację).

Stoły w okolicach Ciemniaka

Stoły w okolicach Ciemniaka

Tutaj trzeba się wygramolić po kamieniach

Tutaj trzeba się wygramolić po kamieniach

A od tego miejsca było już tylko w dół do Tomanowej Przełęczy

A od tego miejsca było już tylko w dół do Tomanowej Przełęczy

Po 19 rozbijamy pierwszy obóz w kosówce, spore nachylenie stoku skutkowało tym, że w nocy wszystko, łącznie z nami lądowało w narożniku namiotu. Rano okazało się, że do Tomanowej Przełęczy mieliśmy jeszcze mniej niż 5 minut drogi. Noc była zimna,  trawa została zmrożona, a na namiocie mieliśmy skorupę lodu. Nie odpoczeliśmy jakoś specjalnie ale tragedii nie ma. Poranek zwiastował ładny dzień i liczyłem, że śnieżyce z prognozy pogody się nie sprawdzą.

Tatry Wysokie z Tomanowej Przełęcz

Tatry Wysokie z Tomanowej Przełęcz

Zachodnie podtrzymują nadzieję... już niedługo

Zachodnie podtrzymują nadzieję… już niedługo

Po zwinięciu mokrego namiotu i wypiciu reszty herbaty ruszamy w stronę Suchego Wierchu Tomanowego. Z takim ciężarem na plecach szybko się rozgrzewamy, niestety zanim osiągneliśmy szczyt wróciły mgły, szkoda bo liczyłem, że w końcu aparat się przyda. Dalej monotonna droga góra – dół mija nam dosyć sprawnie, trawersujemy Smreczyński Wierch na którym jeszcze sporo zbitego śniegu zalega, pokonujemy skalne żebro i było to jedyne miejsce gdzie było trzeba zachować większą czujność żeby nie zjechać z tej mega zjeżdżalni nie wiadomo jak nisko.

Suchy Wierch Tomanowy

Suchy Wierch Tomanowy

Przy przewinięciu na drugą stronę góry niestety zamiast skręcić w lewo za kopczykami idziemy prosto (przynajmniej we mgle tak nam się wydawało) i w konsekwencji błądzimy gdzieś sami dokładnie nie wiedząc gdzie mamy iść. Wkopaliśmy się typowo dla naszego stylu w dupiatym miejscu, mgła cały czas się utrzymuje więc żadnych szczytów nie widać, odpalamy GPSa na telefonie i załamka, okazuje się, że schodzimy w stonę Smreczyńskiego Stawu. Przyznam, że trochę nas to podłamało, pół godziny w dół, godzina w górę, a do szlaku jeszcze daleko. Kiedy już wróciliśmy na właściwą ścieżkę pokonujemy Kamienistą robiąc lekki trawers, spore podejście, trawers się ciągnie niemiłosiernie, motywujemy się, że na Pyszniańskiej Przełęczy zrobimy sobie przerwę. Kamienista funduje nam jeszcze kilka fajnych mostów skalnych i po raz kolejny trzeba się skupić żeby nie pojechać na śliskich kamieniach, zwłaszcza tych z porostami… dziadostwo tylko czeka na deszcz. Przy zejściu natrafiamy jeszcze na tabliczkę poświęconą Ś.P Oleńce która zmusza nas do namysłu i ostatni nachylony płat śniegu obchodzimy jednak dookoła zamiast go przeciąć i skrócić sobie drogę.

Kamienista

Kamienista

Nie pamiętam która była godzina, chyba ok 13 ale Pyszniańska Przełęcz została przywitana przez nas z wielką radością, jemy, pijemy, patrzymy na mapę, grań jeszcze ciągle jest realna, wczorajsza mgła, dzisiejsze błądzenie, na szczęście mieliśmy spory zapas czasu i jeżeli tylko dzisiaj uda się dojść do Wołowca to całość zakończy się sukcesem.

Ruszamy w dalszą drogę, teraz czeka nas mozolne podejście na Błyszcz… zawsze w cieniu Bystrej , mniej niż 2200 ale masakruje. Zdecydowanie najbardziej wkurzająca góra w całej grani. Widoczność na jakieś 50 metrów, wg mapy prawie 400 m podejścia, więc sporo i to co najgorsze – fałszywe horyzonty. Idziesz, patrzysz na zegarek, myślisz, że to już ta kopa przed Tobą, ale jak tylko się do niej zbliżasz to pojawia się następna. Masakra! Ostatnie metry były usłane wulgaryzmami, na dodatek wierzchołek oprócz mgły zafundował nam śnieżyce. Widoczność spadła tak bardzo, że nie wiedzieliśmy w którą stronę mamy iść dalej, we mgle całkowicie straciliśmy rozeznanie gdziej jest wschód, gdzie zachód. Błądzimy trochę w kopule szczytowej szukając czerwonego szlaku, znajdujemy niebieski więc wiadomo, że trzeba się go trzymać i iść w dół. Z czasem wydaje nam się, że szlak zawraca na wschód, nie możliwe żebyśmy wracali, mapa pokazuje co innego, a jak wrócimy do Pyszniańskiej Przełęczy to chyba się tam okopiemy. Idzie się ciężko, cały czas wiatr i śnieg nas atakują, softshelle już chyba przemokły bo zaczyna robić nam się zimno, ufamy jednak logice i mapie i trzymamy się szlaku. W końcu dochodzimy do wypłaszczenia, nic nie widać boimy się, że to jednak ta sama droga którą przyszliśmy, na szczęście dostrzegamy szlakowskaz na Bystrym Karbie. Padamy z sił, pogoda się załamała już całkiem, a wizja kolejnej mroźnej nocy w prawdopodobnie przemoczonym namiocie nie nastraja optymistycznie. Podejmujemy wspólnie decyzję, że nie damy rady przejść całej grani, gdyby była przynajmniej wizja poprawy pogody można by walczyć, ale na tej wysokości zrobiła się katastrofa meteorologiczna. Dochodzimy do Siwego Zwornika i decydujemy się na zejście czarnym szlakiem do Doliny Starorobociańskiej, powinna nas osłonić od wiatru i dosyć szybko dotrzemy do lasu. Na Siwej Przełęczy spotykamy jeszcze parę turystów z mapą i głowią się co mogliby zobaczyć gdyby było widać cokolwiek, Ewa kwituje to spotkanie krótko „To znaczy, że jest więcej takich debili jak my”:)

Po 18 przemarznęci i wyrypani jak jeszcze nigdy w Tatrach meldujemy się na parkingu w Chochołowskiej skąd po kilkudziesięciu minutach ewakuujemy się do domu.

Kolejna porażka na GTZ mimo solidnego przygotowania, trudno tak jednoznacznie ocenić tą wyrypę, na plus na pewno fakt, że pod względem logistycznym wszystko zadziałało, Ewa się świetnie sprawdziła przygotowując posiłki na kolejne dni, wszystko ponumerowane i opisane w siatkach, wieczorem udało się ugotować kolację więc wiemy, że taka buteleczka 240g wystarcza na 2-3 dni używania. Trochę nowych rejonów odwiedzonych szkoda tylko, że bez widoków.

Na największy minus na pewno pęknięta puszka z piwem w plecaku!

Po dwóch dniach odpoczynku pogodziliśmy się z wycofem i nieobrażamy się na Grań Zachodnich, w przyszłości pewnie spróbujemy po raz kolejny, ale tym razem tylko przy pewnej pogodzie. Nie chcemy całości przebiegać w jeden czy dwa dni bo od tego są inni i z tego co się orientuję to obecny rekord to jakieś 10,5 h w naszym przypadku bardziej chodzi o przygodę, skoro trekking w Andach kosztuje majątek to trzeba się zadowolić tym co jest:)

Reklamy

Posted on 28/05/2013, in Tatry Polskie, Tatry Słowackie, Tatry Zachodnie, Wschody, Wyrypy i trochę trudniejsze wypady and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. Szkoda, że pogoda nie dopisała, w przyzwoitych warunkach byłaby przepiękna tura, ale graty za wytrwałość, zapewne łatwo nie było. Czyli do trzech razy sztuka?
    Ja przymierzam się od 2 sezonów do zimowego przejścia całości, ale do tej pory zawsze coś staneło na drodze, może również do trzech razy sztuka 😉
    Pozdro.

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: