Radość z życia – Koperszadzka Grań


I ujrzeliśmy naszą grań

I ujrzeliśmy naszą grań

Urodziny mojej żony, więc cel tatrzański wybrała sama, mnie jedyne co zostało to zamówić pogodę i zrobić rano śniadanie. Wstajemy dosyć późno bo dopiero o 5, a pogoda za oknem budzi nadzieje, że prognozy jednak się nie sprawdzą. W Tatrach dwójka rosnąca, zapowiadają sporo chmur z których popołudniu może czymś sypnąć, jednak bo dojechaniu do Jaworzyny Spiskiej i wyjściu na szlak wita nas czyste niebo i wiosna.

Po lewej Kołowy szczyt, dalej Śnieżny i Lodowy i po prawej Jaworowe

Po lewej Kołowy szczyt, dalej Śnieżny i Lodowy i po prawej Jaworowe

Nie, to nie jest rezerwat, tak wygląda szlak na Słowacji

Nie, to nie jest rezerwat, tak wygląda szlak na Słowacji

Idziemy niebieskim szlakiem, mix błota i lodu nas nieco spowalnia, nasz wzrok jednak cały czas wypatruje Tatr Bielskich i nie przejmujemy się drobiazgami. Po odbiciu do Doliny Zadnich Koperszadów, lub jak kto woli Zadnych Med’odolov (zawsze mi się podobała ta nazwa) za Cieśniawą Brańka zaczyna się konkretne chaszczowanie mimo że trzymamy się szlaku. Koparki, ciągniki, powalone drzewa, raz idziemy po konarach, za chwilę czołgamy się pod nimi, później musimy trawersować zbocze bo tyle drzew leży na ścieżce, że z plecakami się nie przeciśniemy. Nie jestem pewny czy Słowacy zamykają szlaki do późnej wiosny ze względu na zagrożenie lawinowe, czy raczej żeby posprzątać trochę, bo jeżeli droga tutaj wygląda tak cały rok to już wiem skąd słowo Burdel w lokalnym nazewnictwie.

Przy dojściu do mostku na Koperszadzkim Potoku przed polanką widzimy tabliczkę ostrzegającą nas, że za chwilę zobaczymy drewnianego niedźwiedzia. Ostrzeżenie było śmieszne do czasu, aż 2 minuty później nie trafiliśmy na wielkie ślady łap prawdziwego miśka które prowadziły nas aż w okolicę Przełęczy pod Kopą. Widać, że ślady stare, ale jak niedźwiedzie na Słowacji trzymają się cały czas szlaku to motywuje trochę do szybszego marszu.

Medved - vladca lesa od pliesa do pliesa:)

Medved – vladca lesa od pliesa do pliesa:)

Odcisk łapy niedźwiedzia

Odcisk łapy niedźwiedzia

Po drodze mamy piękne widoki, na lewo Bielskie, przed nami wyłania się i rośnie ponad drzewami nasz cel, słońce świeci na tyle intensywnie, że większość drogi idziemy w podkoszulkach.

Po dotarciu na przełęcz robimy chwilę przerwy, podglądamy kozy i podziwiamy grań. Całość jest wyceniona na I, a jak pisało na Grópie ta część Głównej Grani Tatr jest określana jako „śtrybny” (eksponowane I). W pierwszej części śniegu nie ma wcale, natomiast im wyżej tym bardziej biało, mimo to uzbrojeni w raki i kaski postanawiamy zaatakować.

Płaczliwa Skała walczy z chmurami

Hawrań walczy z chmurami

Ahoj arabelki!

Ahoj arabelki!

Początek Koperszadzkiej Grani

Początek Koperszadzkiej Grani

Tatry Bielskie z Koperszadzkiej Grani

Tatry Bielskie z Koperszadzkiej Grani

Początek to ewidentna ścieżka łagodnym zboczem przy którym pasie się spore stado kozic w ogóle się nami nie przejmując. Przy Koperszadzkim zworniku wita nas pierwszy kominek który pokonujemy w dół, jak tak ma wyglądać to I, to zrobimy to z palcem w dupie… Dalej jest już więcej zabawy ze skałą i grań robi się bardziej stroma, częściowo idziemy ściśle ostrzem, część omijamy jak dogodniej. Raz wspinamy się w górę, za chwilę znowu się obniżamy, gdzieś po drodze pojawił się śnieg więc nawet czekany się przydają. Na Białym Grzebieniu trzeba się już bardziej skupić, są lufiaste kominki, niektóre kilkunasto metrowe, raz w górę, raz w dół przy czym z każdym kolejnym przybywa wysokości i lodu na chwytach. Bardzo fajny był jeden gdzie znaleźliśmy w sumie jedyne miejsce gdzie można by się schować w przypadku załamania pogody – po stronie południowej wielka płyta, a pod nami mała koleba. Gdzieś niedaleko Ewa dostrzega nawet ring po łańcuchach które kiedyś były na grani, kawałek dalej widzimy pętle z liny, ale to już chyba nie z wejść turystycznych. Przed Białą Czubą mamy już piękny teren mikstowy i obydwoje jesteśmy w szoku, że tak sobie radzimy z trudnościami i lufą. Z tej części grani zapadł mi w głowę taki kwiatek:

Ewa (przy wyjściu z komina): Wzięłam wielki kamień!

Ja (już nad kominem): To go odłóż.

Ewa: Ale ja myślałam, że to będzie chwyt!

Pierwsze trudności

Pierwsze trudności

Grań się spiętrza

Grań się spiętrza

Wielka płyta, Ewa stoi nad kolebą

Wielka płyta, Ewa stoi nad kolebą

To samo miejsce widziane z dołu

To samo miejsce widziane z dołu

Tutaj oprócz zabawy ze skałą dochodziła walka z psychiką

Tutaj oprócz zabawy ze skałą dochodziła walka z psychiką

Adrenalina idzie w górę, czas mamy kiepski, całość miała zająć półtorej godziny, a my już walczymy prawie dwie, no ale trzeba wziąć poprawkę na zimowe warunki. Przy okazji w tym miejscu się orientujemy, że z tej grani jest spory problem z wycofem bo na stronę Jagnięcego Kotła żleby się dosyć mocno urywają, a do Białych Stawów jest gładka, może nie pionowa ściana, ale jednak zejść się tędy na pewno nie da. Chmur nad głową coraz więcej, momentami zaczyna padać i towarzyszy nam coraz mocniejszy wiatr. Najbezpieczniejszym, najszybszym i najprostszym rozwiązaniem wydaje nam się wejść na szczyt i zejść szlakiem. Bez srania po krzakach i zbędnych przerw ciśniemy dalej, plus jest taki, że nie błądzimy (w sumie na grani ciężko o to), są ślady (czyli ktoś tędy szedł) i są kopczyki (czyli ktoś szedł dobrze).

Nie skupialiśmy się na widokach

Nie skupialiśmy się na widokach

Coraz ostrzej i coraz więcej lodu

Coraz ostrzej i coraz więcej lodu

Przed Białym Karbikiem grań staje dęba i dochodzimy do takiego miejsca, gdzie trzeba się przewinąć przez kamień w lewo do komina którym w górę taką lekką eSką idziemy około 8 metrów po dobrych chwytach, jednak ze względu na pion absolutny i lufę którą mamy pod nogami trzeba na pełnym skupieniu patrzeć czego się łapiemy. Skała pokryta śniegiem i lodem, gdzieniegdzie trzeba coś obtłuc żeby dało się złapać, to było miejsce które przebiło wszystko co do tej pory w górach robiłem, a skala Kurtyki została dla mnie rozsypana i straciła jakikolwiek odnośnik do faktycznych trudności. Po ostatnich ruchach, mówię Ewie, że może iść. „A dam radę? Zresztą i tak nie mam wyjścia.” 🙂 Adrenalina na wysokim poziomie, a dalej wcale nie jest łatwiej, wszystko w lodzie uwalone na równo, raki w takiej cienkiej warstwie nie siadają więc trzeba dokładnie sprawdzać pod którą warstwą jest w miarę płaski występ skalny, a gdzie pochyła płyta. Jeszcze jedno nie fajne miejsce i idziemy kawałek polem śnieżnym po lewej stronie grani. Niestety żeby 20 metrów dalej wrócić na grań musimy pokonać zmrożone prawie pionowe trawki przy wielkim głazie gdzie mamy jeden stopień na nogę i krawądkę na głazie. Nie sądziłem, że takie rzeczy będę robił w Tatrach. Lewa noga na stopień, czekan w trawę, prawa ręka za krawądkę, wyprost i kurde nie dosięgnę kolejnych chwytów! No ja pier… prawie dwa metry wzrostu i dalej za krótki. Nic to, wbijam dziabę trochę wyżej, ładuję raki w trawę na wysokości pasa i z pozycji żaby wyprost. Udało się, znowu kawałek łatwiejszego terenu. Za mną Ewa atakuje trawę, ale przy drugiej próbie mówi, że nie da rady i poszuka obejścia. Próbuje na prawo wyszła do jakiś płyt i słyszę „Znowu się wjebałam!” Schodzi, widzę zawziętość w oczach… a może to już rezygnacja, atak na trawę i nie zależnie czy utrzyma czy nie dziaba w trawę, raki na wysokość pasa… uff, poszło!

Dalej wg Jaćkiewicza można iść ściśle granią lub łatwiejszym wykopczykowanym wariantem, trawersując kopułę szczytową. Z początku postanowiliśmy się trzymać grani i śladów które ktoś zostawił schodząc, jednak po krótkiej chwili ślady obniżają się do najbliższego kopczyka. Po pokonaniu kolejnego żebra skalnego robi się już bardzo nie fajnie, od jakiegoś czasu sypie już śniegiem w postaci takich małych kuleczek i chmury już nas właściwie otaczają. Widzimy wierzchołek na wyciągnięcie ręki, teraz chcemy już jak najszybciej się tam znaleźć i rozpocząć schodzenie. Nic z tych rzeczy, północne ściany są skute lodem co skutecznie nas spowalnia i podnosi adrenalinę do górnej granicy, wspinamy się na siłę przełamując strach przed pojechaniem w dół i zaliczeniu kilku skał po drodze. W głowie mam już czarne myśli, Ewa na poważnie zaczyna kalkulować akcje ratunkową. Kolejne metry puszczają, widzimy wierzchołek, może jeszcze 40 metrów, po kolejnych skałach w górę i kolejny żleb strawersowany. Bardzo psychiczny kawałem, widzimy jak zbiegają się granie, myślę, już niedługo. Obniżamy się jakieś dwa metry, przechodzimy przy odpychający w przepaść skałach po niepewnych małych stopniach i nie wiem co dalej. Nic się nie odzywam, Ewa pyta jak to wygląda, mówię, że nie wiem jak to ugryźć. Stanąć jest na czym, ale żeby wejść na górę to chyba ktoś wędkę musiałby założyć. Wszystko w lodzie, spory kawałek w pionie do pokonania. Próbuję się przystawić z którejkolwiek strony. To nie ma sensu, cofamy się kilka metrów żeby przemyśleć sprawę, może jakąś inną drogę znajdziemy. Z każdej strony wygląda to jednak tak, że wolimy nie ryzykować. Pojawia się problem co dalej. Jesteśmy jakieś 20-30 metrów pod szczytem, nie pokonamy grani w drugą stronę, pogoda się pogarsza z każdą minutą.

Miejsce wycofu, czerwona strzałka wskazuje dalszą drogę i gdzie dotarliśmy

Miejsce wycofu, czerwona strzałka wskazuje dalszą drogę i gdzie dotarliśmy

Przypominam sobie, że kawałek wcześniej z pola śnieżnego była możliwość trawersu do żlebu spadającego do Doliny Białych Stawów. Żleb jest stromy, poprzetykany miejscami głazami, przy obecnym stopniu lawinowym i padającym deszczu ze śniegiem trzeba będzie bardzo uważać i sprawnie go pokonać. Mobilizujemy siły i rozpoczynamy wycof. Dochodzimy do miejsca z trawkami i krawądką – teraz trzeba je pokonać w dół, na szczęście jakoś idzie. Trawersujemy twarzą do śniegu w stronę żlebu, delikatnie się obniżając. Raki i czekan dobrze siadają, Ewa rzuca stwierdzenie, że dzisiaj do szczęścia wystarczy jej jak przeżyje, ja przyznaję 100% rację (nie ma jak niezapomniane urodziny:)).

A to chyba Kozia Turnia

A to chyba Kozia Turnia

W żlebie systematycznie się obniżamy, zachowując bezpieczne odstępy i trzymając się lewej strony. Do pokonania mamy jakieś 500 metrów, plecy dają o sobie znać, od poruszania się w takiej niewygodnej pozycji, podmuchy wiatru nasypują nam śnieg od dołu, skutecznie ograniczając widoczność, trzymamy odstęp ok 25 metrów, inaczej stracilibyśmy siebie z oczu. Idzie mozolnie, ale wiemy już, że się musi udać, mijamy ostatnie wystające skałki, do dna doliny jeszcze jakieś 250 metrów. Ryzykuję robię dupozjazd. Jest prędkość! Śnieg zasypuje mi całą twarz, przewracam się na brzuch żeby trochę wyhamować, patrzę w górę, a Ewa już ruszyła za mną. No to z powrotem na tyłek, śnieżna akupunktura na twarz i jazda do przodu. Hamuję, otrzepuję twarz ze śniegu żeby cokolwiek zobaczyć i słyszę za sobą „ZEJDŹ Z DROGI!”, Ewa dojechała parę sekund po mnie:) Dupozjazd z Karbu pod Kościelcem to przy tym bułka z masłem. Czujemy jak nas zmasakrowała ta trasa, wiatr atakuje nas szpilkami lodowymi, ale wiemy, że do szlaku już naprawdę blisko. Minus jest taki, że po Walentkowym nie zszyłem sobie jeszcze stuptuta i teraz mam okład lodowy w lewym bucie. Na szlaku zdejmujemy raki, wytrzepuję trochę śniegu i nagle jeb! Błysk, grzmot… tylko burzy dzisiaj brakowało. Przepakowanie na szybko, ostatnie podejście dzisiejszego dnia na Przełęcz pod Kopą i dalej już prosta droga z zamarzającą stopą w padającym deszcze do samochodu.

Trochę nas poobijał dupozjazd, później jeszcze uczestniczyliśmy w tańcu na lodzie i po blisko 12 godzinach meldujemy się na parkingu. W końcu robi się cieplej, nie pada, można coś zjeść.

Wyrypa w pięknym stylu, trudności jakich nigdy w górach nie robiliśmy, do tego w warunkach zimowych, ten dzień przebił wszystko! Były piękne widoki z nowego miejsca, była słoneczna pogoda i załamanie na grani bez odwrotu, wycof który wymagał nie mniej niż droga w górę, super dupozjazd… szczyt naprawdę nie był potrzebny do pełni szczęścia. Było tak wspaniale, że wracając w ciemnościach przez las śpiewaliśmy Bednarka, Ramaya i stare rockowe kawałki nie dlatego żeby nie spotkać niedźwiedzia, tylko po prosu lubimy sobie pośpiewać nie mając siły nawet iść:)

Ale się rozpisałem, ciekawe czy komuś będzie chciało się to czytać?

Na koniec jeszcze zrzut z endzioszka:)

Widać gdzie był dupozjazd:D

Widać gdzie był dupozjazd:D

Advertisements

Posted on 24/03/2014, in Tatry Słowackie, Tatry Wysokie, Wyrypy i trochę trudniejsze wypady and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 4 komentarze.

  1. Mi się chciało 🙂 Ale mieliście przygody! Relację przeczytałam z zapartym tchem 🙂 Po pierwsze – dobrze, że wyszliście z takiej „wycieczki” cało, pomijając już ewentualną burzę na szczycie to myślę, że dobrze zrobiliście z wycofem – z czego pamiętam to właśnie zaraz pod szczytem grań najbardziej staje dęba, w lecie nawet z obejściem coś tam więcej się trzeba było pogimnastykować, a w zimie wiadomo – z obejściami różnie bywa 🙂
    Na Koperszadzką Grań jeszcze pewnie wrócicie. W letnich warunkach jest bardzo przyjemna. Pozazdrościć Wam przeżyć (bo chyba najlepiej się wspomina górskie wypady z adrenalinką) no i powodzenia następnym razem! 🙂

  2. Jak zawsze z wielkim zainteresowaniem przeczytałem Twoją relację 🙂 Jest moc 🙂

    Pozdrawiam
    Zbychu

  1. Pingback: 4 lata Summitate | Turystyka górska i wspinaczka

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: