Powitanie wiosny


Dawno nic nie pisałem, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że wiosna się już zaczęła. W tym roku nie mam żadnych planów, nie marzę o trudnych drogach, albo tatrzańskich wyrypach, wystarczającym wyzwaniem jest zorganizowanie wyjazdy w nowym, trzyosobowym składzie.

W piękny, słoneczny wtorek byliśmy na spacerze z wózkiem na naszej starej biegowej trasie i z Krzeszowic udało nam się oglądać Tatry, a jakby nie było to trochę ponad 100 km. Kiedyś widziałem z tej okolicy Wołowca i sąsiednie szczyty, tym razem mogliśmy dostrzec nawet Wysokie! Obudził się w nas głód gór, syn ma już prawie trzy miesiące, a od pewnego czasu i tak myśleliśmy nad jakąś turystyką wózkowo-górsko-schroniskową.

Najbliżej są Kudłacze i mimo, że schronisko nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia postanowiliśmy w środę je odwiedzić. Była nawet nadzieja na jakiś spacer po okolicy. Ok 11 miła Pani kasuje nas 3 zł za parking – od czasu kiedy byłem tutaj ponad pięć lat temu sporo się zmieniło. Jak byłem tu z Puchatym parking był za free, 5 razy mniej zabudowań i kojarzyłem, że droga jest przyzwoita jak na wózek. Niestety kiedy tylko skończył się asfalt, wózek trzeba było nieść kilkaset metrów w rękach do schroniskach bo kamienie jednak za bardzo utrudniały jazdę. W Kudłaczach nowa twarz, ale wrażenie tak samo kiepskie jak ostatnio. Mieliśmy wrażenie jakbyśmy obsłudze przeszkadzali swoją obecnością, jak poprosiłem o ściszenie muzyki ( ze wszystkich głośników leciało pseudo disco polo) bo byliśmy sami w schronie z małym dzieckiem, pani zza lady trochę zmniejszyła liczbę decybeli. Żeby zamówić później coś do jedzenia, albo picia musiałem poczekać aż ktokolwiek się pojawi na widoku. Spoko, zamawiam herbatę, a miłą pani zaczyna zdejmować ozdoby i planuje zacząć myć okna. Na zewnątrz ostro piździ, Ewa już wkurzona i rozczarowana, że tak wygląda pierwszy od dawna wypad w góry, ja w sumie też, myślę, nie ma sensu się katować i męczyć, wracamy do domu. Pomijając stracony czas i pieniądze, największe wyrzuty sumienia i tak były przez to, że takiego malucha wieziemy godzinę żeby posłuchał głośnego disco, a później wracamy… Oj odwdzięczy się za to coś czuje.

W czwartek pogoda się utrzymuje, zamiast spaceru postanawiamy tym razem sprawdzić jak Norbertowi spodoba się wypad w skały. Za cel obieramy sobie Słoneczne, Ewa masakruje sobie stopy w nowych butach i próbuje je rozbić na trójkowych drogach, ja postanowiłem po wczorajszym dniu, że nie będę się wygłupiał i też wbiję się w III, żeby w razie krzyku móc od razu zejść. Najpierw powspinała się Ewa, później ja zrobiłem na Ostatniej Królewnę Śnieżkę, po mnie znowu Ewa weszła w pion, a dziecko spokojne, czyli, że na krótkie wypady w skały można brać. To wspaniałe odkrycie postanawiamy uczcić jeszcze obiadem w Brandysówce, a żeby wiosna była wiosną i żebym z czystym sumieniem mógł powiedzieć, że sezon został otwarty, wieczorem w domu otworzyłem zimne sezonowe piwo 🙂 A okazji i czasu teraz dużo nie ma, co widać nawet po opóźnieniu z jakim piszę notkę.

Masa tobołków i radości

Masa tobołków i radości

Advertisements

Posted on 17/04/2015, in Górki i pagórki, Wspin and tagged , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. Artur Szymanowski

    Życzę powodzenia w nowym roku 🙂 I to zarówno z celami górskimi (by jakieś jednak się pojawiły) jak i z wypadami w skały: by Norbert dał Wam chwilę spokoju w nich jak tym razem 😉

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: