Urlop to nie Beata Szydło żeby go odwoływać z byle powodu!


Taka pogoda nas przywitała

Nie będę banalnie pisał, że pojechaliśmy szukać zimy, ale chyba ją znaleźliśmy i patrząc za okno przywieźliśmy ze sobą.

Po klepnięciu dwudniowego urlopu, zaczęliśmy szukać wolnych miejsc w schronach, kiedy w końcu po wielu telefonach trafiliśmy na wolną dwójkę, od razu zarezerwowaliśmy, wpłaciłem zaliczkę, po czym sprawdziliśmy opinie… I musieliśmy się nastawić na pozytywne podejście wbrew temu co piszą w internetach. Od razu nadmienię, że byliśmy zadowoleni, warunki schroniskowe, a nie hotelowe, ciepła woda pod prysznicem i w jednej umywalce w pokoju ciepło, cały obiekt czysty i codziennie sprzątany, jedzenie bez szału, ale i bez tragedii, piwo dobre. Turystom górskim spasuje, osobom szukającym za 40 zł w schroniskach standardów hotelowych na pewno nie, bo sporo pierdół jest do poprawy, lecz ponieważ są to pierdoły więc nawet o nich nie wspomnę.

Z przełęczy Okraj, tuż przed zachodem słońca

Zobaczymy ile pamiętam z harcerstwa…

Tak się składa, że ostatnio Sudety są przez nas częściej odwiedzane niż Beskidy mimo większych odległości. Tym razem wróciliśmy w Karkonosze zimą z misją zdobywania okolicznych szczytów na sankach… Nie będziemy więcej zdobywać szczytów na sankach, a na pewno nie na tych. Musimy zmienić model na mniej wywrotny. Norbert na szczęście mówili tylko „ja pierdzielę”, ale przy wywrotkach darował sobie komentarz. Nie wjechaliśmy ani na Czoło, ani na Skany Stół, ani na Łysocinę.

Pierwszego dnia wiało i oglądaliśmy zbliżający się zachód słońca, po czym poszliśmy się ogrzewać do schronu. Rano pisali o wietrze ok 30 km/h, wieczorem już o 80 km/h.

Drugiego atakujemy Łysocinę i kiedy po blisko godzinie orientujemy się, że nie jesteśmy nawet w połowie zarządzamy odwrót. Wiatr się wzmaga i kolejne wyjście z budynku na kawę do restauracji po stronie czeskiej oddalonej ok 200 metrów od schronu jest jeszcze większym wyzwaniem niż wcześniejszy atak na Łysocinę. Postanawiamy się zaaklimatyzować i zjeżdżamy do Rudaw Janowickich. W restauracji drogo, jedzenie nie dobre, ale przynajmniej za oknem mamy wiosnę. W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze nieczynną kopalnię uranu „Liczyrzepa” w Kowarach. Ciekawa ekspozycja, pokaz laserów, trochę multimediów, przewodnik opowiada o tym jak nas ZSRR okradał i jak wyglądał wyścig zbrojeń. Były momenty, że ciarki po plecach przechodziły, ale również takie, że scyzoryk w kieszeni sam się otwierał. Polecam poświęcić godzinę jeśli będziecie w okolicy.

Szlak na Łysocinę

I dla kontrastu, pobliskie Rudawy Janowickie – na zdjęciu Krzyżna Góra

A to już „Little Boy” podczas zwiedzania kopalni uranu. Statystyki za nim są o tyle przerażające, że z 64 kg uranu, rozszczepieniu uległo zaledwie 0,6-0,8 kg, a ZSRR wywiózł tyle, że mógł wyprodukować 250 takich bomb (z samego uranu z Kowar)

Czerwony traktor przy wyjściu + żółty wagon w podziemiach = szczęśliwe dziecko

I powrót do naszego lokum

Wracamy na przełęcz Okraj. Okopujemy się w schronie, mamy piwo, paluszki, chrupki i coś tam jeszcze.

Dzień trzeci. Wieje jeszcze bardziej. Drzwi do schronu zasypane. Temperatura za oknem -8*C. Żegnamy się z obsługą i przebiegamy do auta. Na drodze wyśmienite warunki narciarskie, śniegu dowaliło tyle, że jak dzień wcześniej kończył się 2 kilometry od schroniska, tak dzisiaj nam towarzyszył aż do Krzeszowic. Kto wjeżdżał na przełęcz Okraj ten wie jakie są tam serpentyny. Przejazd ze schroniska do miasta dostarczył więcej emocji niż pobyt w górach.

W międzyczasie Ewa rzuca hasło: „A na Ślężę długo się idzie?”. Kojarzę, że Puchaty kiedyś mówił o 20 minutach. Nie znaleźliśmy takiego skrótu. Z przeł. Tąpadła w tempie Norberta wyszło niecałe 1:30 godziny. Było trochę noszenia, ale co się dziwić jak wybudziliśmy go z drzemki:)

STAROŻYTNY WAŁ KULTOWY… ciekawe czy ktoś przechodził go zimą?

Dzięki strategii partii Polska umacnia swoją pozycję w świecie… i na Ślęży też.

Malunki w środku

Kościółek na szczycie

W Pieninach jest „ta sosna”, a w Sudetach „ten niedźwiedź”

Z wieży widokowej na Ślęży

Tam gdzie jest biało, było widać ośnieżone szczyty… Kiedyś kupię sobie normalny aparat:)

Ostańce przy Skalnej

Ślęża – góra kultowa… od kultów bo chyba prawie każda akurat dominująca władza i wyznanie wybierała sobie ten odosobniony pagórek za swoje święte miejsce. Mamy więc tutaj starożytne rzeźby i wały, oznaczenia monoteizmu i politeizmu (co ciekawe te drugie wyglądają na nowsze, chyba że czarnym markerem od wieków zapisuje się intencje), mamy również odcisk PRL-u z sąsiedzką prośbą o ratowanie kościółka.

Ślęża, wieża widokowa, dom turysty na szczycie – przyznam, że wszystko bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Masa kamieni i głazów, oraz sporadyczne widoki, więc nie jest to nudne dymanie po błocie do góry, wejście na wieżę przy takim wietrze i oblodzonych stalowych stopniach był nie byle jakim doznaniem, a panorama bardzo przyjemne. W Domu Turysty szarlotka i kawa na plus.

Tak patrzę na ten urlop i wygląda jak trzydniowy atak na Ślężę z czego dwa dni to było kiblowanie w Karkonoszach:)

Dodam jeszcze swoje spostrzeżenie dotyczące ów pasma. Otóż jest to taka wielka Babia Góra. Najwyższy grzbiet w okolicy ściąga wszystkie wiatry, chmury, deszcze, śnieżyce i nawet jak 200 metrów niżej jest ciepło, a na sąsiednich pagórkach możemy się cieszyć piękną pogodą i widokami, to jeżeli gdzieś jest dupówa – to właśnie w tam.

Posted on 16/01/2018, in Górki i pagórki and tagged , , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: