Kierat 2018 – Pierwsze takie wyzwanie


25-27 Maja 2018 r. odbył się XV Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy KIERAT. Zarówno dla mnie, jak i dla Ewy był to pierwszy udział w tego typu imprezie, ale chyba nie ostatni.

Relacja na chłodno, chociaż w czasie i zaraz po biegu było gorąco od emocji.

Przed startem

Czym się różni w ogóle Kierat od zwykłego biegu górskiego? Ano tym, że nie mamy jasno zaznaczonej trasy, a jedynie punkty kontrolne (14) które musimy namierzyć w terenie, korzystając z mapy którą otrzymujemy w dniu zawodów podczas rejestracji i kompasu. Nie wszystkie punkty znajdują się przy oznakowanych szlakach, a dodając do tego dystans ok 100 km i nawigację w nocy nie dziwi fakt, że co roku mniej więcej połowa uczestników do mety nie dociera.

Kierat w tym roku gwarantował nieco więcej podejść niż w poprzednich edycjach i pękło 4000 metrów przewyższeń, najkrótszy możliwy dystans – ok 100 km, limit czasu 30 godzin. My wg. odbijania się w punktach przeszliśmy 62 km, wg wskazań gps 78 km.

Dni poprzedzające start to intensywne nawadnianie organizmu i zrezygnowanie praktycznie całkowicie z kawy i alkoholu. Na trasę przygotowaliśmy 3 bułki, sporo kulek mięsnych (coś w stylu tych w Ikei) i trochę orzechowych z czekoladą, do tego kilka bananów, hipertonik, woda z kokosa (którą i tak zgubiłem gdzieś w krzakach), musy owocowe i po bukłaku 1,75l. Po bułce zjedliśmy jeszcze przed startem, większość kulek wróciła z nami do domu, a tak ogólnie to pod tym kątem przygotowanie i zaopatrzenie niemalże idealne zdało egzamin.

Podczas rejestracji dostaliśmy jakieś gadżety, przewodniki, mapy, reklamówki… zamiast zostawić to wszystko na miejscu, zrobiliśmy selekcję i trochę rzeczy upchnęliśmy do mojego plecaka, a z reszty zrezygnowaliśmy. Samochód niestety odjechał.

Czekanie do 18:00 dłuży się, zabijamy czas w pozycji horyzontalnej, lub smarując stopy kremem.

W końcu wybija godzina „zero” i blisko 600 osób  które nie miało nic lepszego do roboty w weekend zasuwa w różnym tempie w kierunku Mogielicy. Trasę sobie zarysowaliśmy na mapie, ale i tak na bieżąco modyfikowaliśmy, nie zawsze z korzyścią dla nas. Na początku w miarę zgodnie z planem i z większością tłumu docieramy do pierwszego punktu kontrolnego na północnym stoku Mogielicy. 500 metrów przewyższenia na rozgrzewkę. Nie robimy postoju, tylko od razu zbiegamy w dół ścieżką rowerową i później przez pola na stok Kiczorki. Między pierwszym, a drugim PK zrobiło się już bardziej kameralnie i znaczną część dystansu pokonaliśmy tylko we dwoje z mapą w garści, nawigacyjnie poszło dobrze i przy zachodzącym słońcu lecimy szukać 3 PK na zachodnim ramieniu Ogorzałej. Pomysł mieliśmy w ogóle taki, że jak jest w dół to zbiegamy, niestety przed 3 PK Ewie zaczęły doskwierać palce u stóp, więc mocno ograniczyliśmy taką opcję. Miało być łatwo, bo PK gdzieś blisko szlaku, ale złapał nas już mrok i trochę krążymy po krzakach. Przy okazji mogliśmy podziwiać piękny zachód słońca i kapitalnie wyglądające takie potoki światła spływające z gór i wypływające z lasu.

Zachód słońca między 1, a 2 PK

Tempo na razie niezłe i jesteśmy około 150 miejsca. Chwilę odpoczywamy, pierwsze jedzenie i dla Ewy pierwsze dwa ketonale, klimat fajny, nie czuć jeszcze zmęczenia,jakaś ekipka obok nas otwiera browary i wygrywają następne, więc biegną z nadzieją, że będzie jeszcze w Mszanie sklep otwarty. Zanim środki przeciwbólowe zaczęły działać rozpoczęliśmy schodzenie, tempo już siadło i widzę, że jest niewesoło. Teraz mamy do pokonania długi odcinek do bazy na Lubogoszczy, idąc po nitce wychodzi ok 10 km, my wybieramy teoretycznie prostszą drogę przy czerwonym szlaku i później w las, jednak nawigacja w nocy zawiodła i trochę nam zajęło zanim trafiliśmy na wielką imprezę gdzie przywitali nas wodą, kiełbasą i znaną ostatnio piosenką „Co to jest za drużyna?”. Ewa nie może jeść, czaruje coś nad stopami, kolejna porcja piguł i czekamy aż psychika zrobi swoje. Długo siedzimy, ludzie cały czas przychodzą i odchodzą, kurde dobrze nam szło. Nie piszę tego jako wyrzut, tylko raczej takie pozytywne zaskoczenie, że dajemy radę. Jak ketonal zaczął znowu działać, Ewa mówi, że idziemy dopóki palce wytrzymują i lekarstwa działają. OK, ruszamy czarnym w dół (chyba lepiej było nim podchodzić) i teraz czeka nas masakrujące podejście na Szczebel. Żeby nie dokładać sobie drogi walimy na pałę, między domami i przez las. Szlak jest stromy, ale tutaj było bardziej stromo – uwierzcie. Wyrypani meldujemy się na szczycie o 3:30, pierwszy zawodnik był tutaj o 22:30 i wbiegał na górę… Widać po ludziach, że Szczebel dał w kość, część leży przykryta folią NRC, kilka osób grzeje się przy ognisku, jakaś dziewczyna mówi, że kolec jej się wbił w stopę, ktoś wyciąga z plecaka czekoladę i krzyczy „żona mi dała czekoladę na drogę! Po krótkiej chwili dodaje K…a gorzka! Nienawidzę gorzkiej!” Więc poczęstował nas niedobitków:) Ewa ucina sobie krótką drzemkę, ja podziwiam wschód na wyspach… kurcze rzadko kiedy mam takie szczęście do pogody, ale aparat to jest ostatnia rzecz którą bym wziął do plecaka na Kierat i niestety czas też nie pozwala napawać się widokami… Ewa wstawaj ruszamy!

Wschód ze Szczebla

Kilka minut snu, ale Ewie wyraźnie baterie się naładowały i znowu narzuca tempo, momentami zbiegamy. PK nr 6 znajduje się gdzieś na zboczach Klimasa, żeby tam dotrzeć musimy pokonać Zakopiankę, żeby pokonać Zakopiankę musimy tam dotrzeć, ale przecież nie będziemy podążać za szlakiem. Plan był taki, żeby skręcić w dróżkę przed małym Szczeblem, sporo osób idzie na pałę już z samego szczytu, niektórzy mówią, że jest dobra droga z Małego Szczebla, summa summarum… poszliśmy jeszcze inaczej, znowu trochę krążymy po lesie żeby w miarę dobrze wyjść w Lubniu, na szczęście trafiamy na ekipę która szła z nawigacją w telefonie i wsparliśmy się technologią. Przyznam się, że tak na prawdę często zerkaliśmy na telefon (nie zawsze coś dawało) i chyba istotnym wsparciem w odnajdywaniu różnych PK były światła czołówek, ludzie i ślady w błocie.

Wracając do trasy. Wylądowaliśmy szczęśliwie w dobrym miejscu w Lubniu, buty mamy przemoczone po porannej rosie, ale przynajmniej wiemy gdzie iść. Przynajmniej tak zakładaliśmy bo Ci którzy idą przed nami idą za kimś, a Ci przed tymi jeszcze za kimś innym i ktoś z przodu musi wiedzieć dokąd zmierza. Tak serio to wydawało nam się, że będzie blisko, ale dróżek tutaj dużo, a punktów charakterystycznych jak na lekarstwo. Efekt był taki, że szczęśliwie w końcu do PK6 trafiliśmy (ale mi dało w d. te 200 metrów podejścia!). Spory kawałek dalej widzieliśmy ludzi którzy dalej szukają PK6. Musicie wrócić, zrobić trawers i przejść przez to wzniesienie. / Ale poważnie / No za tą górą jakiś kilometr. / Ale poważnie? Serio?… Mniej więcej takie dialogi miały miejsce z nieszczęśnikami którzy wybrali złą dróżkę w lesie.

PK7 – czyli połowa trasy, czyli, zupka, kawa, woda, czyli jest zajebiście. Szliśmy dłuższym wariantem asfaltowym bo las znowu dał nam w kość i już po prostu nie mieliśmy siły i ochoty szukać drogi przez pola i strumyk. Przybijamy czytniki, jest godzina 7:38 rano. Od 25 godzin nie śpimy, od ponad 15 łazimy po górach. Dociera do nas informacja, że pierwsi zawodnicy zameldowali się już na mecie… To się tak da? Robimy długą przerwę regeneracyjną, żremy i pijemy na full, smarujemy się wszystkim co jest w plecaku, masujemy stopy, zmieniamy skarpetki, opalamy się… Taka sielanka zrobiła nie mniejszy przesiew w startujących niż wcześniejszy Szczebel. Wyobraźcie sobie sytuację, że jesteście wyrypani i nagle lądujecie w centrum miasteczka, jest jedzenie, picie, ciepło, sklep tuż obok i musicie znaleźć mobilizację żeby zrobić teraz drugie z trzech takich masakrujących podejść i szukać  kolejnego punktu gdzieś w okolicach Gronika za Pcimiem… kawał drogi pokonaliśmy, daleko nas wywiało i jestem w w lekkim szoku, że gdyby nie kontuzja palców to by się szło… No dobra, zapas energii jest, to idziemy. Nie za większością gdzieś tam bocznymi drogami, zakosami na szczyty – na pałę, przez gospodarstwa wiejskie, przez las, jak nos prowadzi, raz lewa, raz prawa, azymut słuszny i nagle wychodzimy na górze z lasu w idealnym miejscu. Idziemy w stronę Gronika, jedna ekipa wraca tą drogą i mówi, że nie tędy, że to od lewej trzeba. Musi być tędy… Siłą woli trafiliśmy. Nie ważne, że Ci co wracali byli kilka chwil przed nami:)

8 Punkt Kontrolny

Dobra. 8PK zaliczony to teraz nagroda – zbiegamy do Pcimia. Olaliśmy szukanie żółtego szlaku (pewnie zajęłoby nam to 15 sekund), ale ruszyliśmy w dół pierwszą wygodną drogą. Organizm jest już tak wycieńczony, że nawet zbieganie męczy, ale czas znowu poprawiliśmy. Słońce już mocno grzeje, a przed nami 150 metrów podejścia na Małą Banię… ależ się to dłużyło. Na szczęście mimo, że 9PK był malutki to przy drodze łatwy do namierzenia. Chwila przerwy, ja zjadam chyba z połowę słodkich kulek, czuję, że czekolada już mnie muli ale energia wraca i głód został zabity. Idziemy do 10PK! 2/3 Kieratu! 250 metrów podejścia na stoki Kiczory. Najpierw darcie przez pola, później przedzieranie się przez krzaczory, chwila odpoczynku i marsz asfaltem… chociaż tak szczerze mówiąc to już przy 4 PK miałem dość asfaltu. Nagle naszym oczom ukazało się to… ścieżka wywalona prosto w górę, wyobraźnia i zmęczenie robią swoje stawiając ją do pionu – bez liny nie damy rady. Zagadujemy jeszcze z 3 osobami które też stoją przed dylematem ruszać, czy czekać, aż zbudują tutaj ruchome schody. Zakładaliśmy w sumie podejście w lesie, ale tutaj przynajmniej widzimy jak wygląda. Ewa mówi, że jak się zatrzyma to już nie ruszy… Starujemy po kolei, wszyscy na zawiasie, wzrok w ziemię, krok, krok, kijek, kijek, autopilot z kursem na grzbiet… udało się. Doszliśmy do żółtego szlaku, szukamy 10 PK nie ma. Dochodzi kolejna grupa (Ci których spotkaliśmy na 8PK) wszyscy szukamy po dróżkach i przy szlaku PK i cisza. Zostajemy w tyle, krążymy jeszcze po okolicy żółtego szlaku, mówię żebyśmy wrócili jakieś 500 metrów w drugą stronę żółtego… to już była ściana. Gdybyśmy znaleźli od razu 10 PK to pewnie byśmy powalczyli dalej. Ale teraz psychika powiedziała dość, telefon – „wycofujemy się”. Zejście o własnych siłach do drogi i powrót do cywilizacji.

Pierwszy raz braliśmy udział w takiej imprezie, tuż po mówiliśmy jeszcze, że nie ma ciśnienia i po co znowu? Było trochę płaczu, odciski, prawdopodobnie parę paznokci mniej, błądzenie, błoto, niewyspanie… Co tak ciągnie ludzi na ten Kierat się zastanawialiśmy? Nie ma tutaj super nagród, trasa za każdym razem inna… Nie wiem, ale po dwóch dniach wiedzieliśmy, że na pewno wrócimy. Ból nie powiem, że odszedł bo zakwasy i stawy jeszcze dawały znać o sobie, ale negatywne emocje zostały tam gdzieś na podejściach, a teraz wiemy, że musimy poprawić trochę rzeczy i tak patrzę na wyniki… pierwsza 400, a kompletnie nie wiedzieliśmy na co się nastawić, myślę, że ukończenie Kieratu i miejsce w okolicy 250 jest realne w sprzyjających warunkach, a pierwsza setka nie jest tylko dla robotów.

Nie wiem po co, ale warto było.

 

Nasza trasa

Reklamy

Posted on 31/05/2018, in Górki i pagórki, Wyrypy i trochę trudniejsze wypady, Z innej beczki and tagged , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: