VII Mordownik – zabawa dla masochistów


Mordownik… Czyjś komentarz opisujący ostatnią edycję: „trochę masakra, trochę zabawa, trochę wkurw.” Podpisuję się pod tym.

Po Kieracie rozochociliśmy się i nabraliśmy ochoty na więcej. Mordownik wydawał się dobrym wyzwaniem, plan był taki, że jedziemy i celujemy w Immortala, czyli komplet Punktów Kontrolnych. Porównując Mordownik do Kieratu miało być prościej, wyszło odwrotnie – tutaj dystans (teoretycznie) o połowę krótszy, natomiast przewyższeń tylko 1000 metrów mniej, czas 14 godzin, zamiast 30 (co to dla nas 🙂 ), Punkty zdobywamy w dowolnej kolejności i są słabiej oznakowane niż na Kieracie – OK, to będzie duże utrudnienie, ale ustalimy trasę na mapie i się przebiegniemy. Co jeszcze na dobicie? Zakaz korzystania z GPSa do nawigacji, mapa z … bodajże 1995 roku i PK pochowane w takich miejscach, że zdobywanie ich raczej nie łączy się z przyjemnym spacerem po lesie i organizatorzy bezpieczeństwo uczestników zepchnęli do tyłu… Świetnym tego przykładem był PK 7, gdzie wiedzieliśmy gdzie mamy iść, ale pewnie byśmy się zastanawiali czy to na pewno tutaj, gdyby nie fakt, że widzieliśmy innych zawodników schodzących z góry.

Ale od początku.

Mogliśmy przyjechać dzień wcześniej i spać na sali, za czym optowałem, Ewa natomiast upierała się na jechaniu rano. Tak około 3:00. Dobrze, że postawiła na swoim bo w nocy podobno był koncert chrapania.

Krótka odprawa, informacje o rozbieżnościach na mapie, 10 minut na rozplanowanie trasy i start! 10 minut na mądre rozplanowanie to było za mało, punkty rozrzucone tak, że logiczne okrążenie w oczy się nie rzucało, a punkt żywieniowy ustalony daleko, chociaż na mapie wygląda, że w idealnym miejscu.

Ktoś ma jakiś pomysł?

Postanawiamy z Uścia Gorlickiego ruszyć do PK2. Trasa wiedzie asfaltem i drogą leśną, jest mocno rześko, więc rozgrzewka w postaci truchtu się przyda.Kawałek naszej trasy prowadzi przez łąki, więc już po kilkunastu minutach mamy przemoczone buty od rosy. Niby kicha bo czeka nas cały dzień zasuwania, ale w porównaniu z tym co przygotowali nam organizatorzy to była czysta przyjemność:)

Uliczkę prowadzącą do ambony przebiegamy i musimy kilkadziesiąt metrów się wrócić, jednak szybko odnajdujemy pierwszy lampion i już uśmiech zwycięzców pojawia się na naszych twarzach. Po drodze spotykamy trzyosobową śląską ekipę z którą będziemy się jeszcze nie raz widzieć na trasie.

Z PK2 na PK3 mieliśmy iść prostą drogą z rozwidlenia, najpierw wąwozem, później grzbietem, ale… jako, że nie zrobiliśmy korekty po zmianie drogi, więc wbiegliśmy w inną leśną drogę. Dopiero po sporym kawałku Ewa uświadamia mi, że przecież biegniemy trawersując zbocze, a nie dnem wąwozu. Tym sposobem później korygujemy naszą trasę i drzemy na pałę pod górę. Dołożyliśmy sobie jakieś 3 kilometry i mimo, że biegniemy przez większą część drogi to i tak sporo osób nas wyprzedziło. Przynajmniej dzięki błądzeniu na podejściu, mamy ułatwiony zbieg i podbieg do PK4, gdzie wychodzimy idealnie w punkt w lesie. Nadrobiliśmy stracony czas i jeszcze nakierowaliśmy Ślązaków na dopiero co odhaczony PK. Z 4 na 5 miało być banalnie prosto – niebieskim szlakiem przez Suchą Homolę i później odbijamy w prawo by znaleźć (jak to opisano na mapie) Widły Strumieni. Ewa zaproponowała żeby odbić wcześniej i zrobić trawers. Właściwie od tego momentu już do końca dnia mamy większe lub mniejsze przedzieranie się przez jeżyny, ostrężyny, bluszcze, chaszcze i pokrzywy. A no i wszędobylskie strzyżaki. Znaleźliśmy jakiś strumień w lesie, ale nie ten o który nam chodziło, więc schodzimy do głównej drogi i postanawiamy szukać naszego lampionu od dołu. Wydaje nam się, że droga zgadza się z tą na mapie, ale lampionu nie widać. Zaczynają schodzić się kolejne osoby, wszyscy rozglądamy się za lampionem. Ktoś go w końcu dostrzega po drugiej stronie strumienia i co najlepsze – przynajmniej dwa razy musieliśmy przejść obok niego:)

Między PK4, a PK5 zdobywamy jedyny szczyt tego dnia

Droga dowolna

Znowu czeka nas podejście i szukanie niebieskiego szlaku, który wcześniej porzuciliśmy. Szlak prowadzi nas do głównej drogi na początku wąwozu odnajdujemy nasz 5 lampion. Przy okazji widzimy nadciągające ciężkie chmury. Ciekawe gdzie nas deszcz złapie…

Z PK6 na PK7 miało być drogami leśnymi do asfaltowej i później jarem. Drogi na mapie nie pokrywają się z tymi w terenie, ale jakoś bez dodatkowego błądzenia trafiamy w nasz wąwóz. Przy PK 5 było pierwsze przechodzenie przez strumień i wspinanie się do lampionu, tutaj mamy kilkaset metrów podejścia kamienistym jarem i na końcu kilka metrów wspinaczki po korzeniach. Gdyby nie fakt, że ludzie schodzili z góry to uznalibyśmy, że to nie logiczne i niebezpieczne żeby gdzieś tam był lampion. Ten odcinek nawigacyjnie poszedł gładko, ale na podejściu trochę czasu straciliśmy.

W drodze z PK7 na PK11 trzeba się przeprawić przez rzekę. Wszyscy po kolei zdejmują buty i idą na bosaka. Szkoda czasu na takie zabawy, skoro i tak już jesteśmy trochę przetyrani. Biorę Ewę na plecy i tak pokonujemy rzekę. Ku rozczarowaniu licznej widowni, bez atrakcji w postaci upadku. Od rzeki wspinamy się w górę strumienia i robimy jakieś 300 metrów w pionie by dojść do pięknie opisanego PK11 „Wypłaszczenie”. Spotykamy tutaj kolejne osoby, niektórzy już przyznają, że to jest limit, ktoś mówi, że tylko do PK8 na jedzenie, ktoś, jeszcze w okolicy chce coś zaliczyć… a to nawet nie połowa. Mordownik mocno daje w kość. Patrzymy chwilę na kompas, mapę, zaczynamy się kręcić po lesie w poszukiwaniu jakiejś dróżki, zamiast tego pakujemy się w coraz większe pokrzywy i chaszcze. Ewa zaczyna bić kijkami, ja już mam gdzieś mapę i kompas, chcę po prostu stąd wyjść, nie ważne gdzie. Jesteśmy odrapani, zmęczeni, woda się właśnie skończyła, a w nogach już jest dystans maratoński. Wychodzą nasze braki w umiejętnym nawigowaniu, cała trasa miała mieć ok 50 km, a my tyle na półmetku będziemy mieć.

PK7, czyli wypłaszczenie

Nie ma sklepów? Będą hot-dogi!

Jezioro Klimkówka – piękna okolica, warta odwiedzenia, nawet bez chodzenia po górach

Zeszliśmy w końcu nad jezioro Klimkówka, idziemy szukać PK10, ale źle określamy swoją pozycję i idziemy w złym kierunku. Idziemy, idziemy i w końcu do nas dociera, że teren się nie pokrywa z mapą – wracamy i idziemy wzdłuż jeziora. Znowu spotykamy Ślązaków. Też nie znaleźli PK10 i proponują piwo. Przystajemy na propozycję bez namysłu i idziemy razem dyskutując o innych biegach i porównując je do tego co nam tutaj zgotowali organizatorzy. Też przyjechali z takim nastawieniem jak my, że dostaną mapę, pyk, pyk, pyk i Immortal. Po drodze wychodzi, że spotkali wcześniej jakąś dwójkę która mówiła, że lampion z PK10 jest ukryty w lesie na stromym zboczu, trochę tam szukali, ale stromizna ich zmęczyła, a lampionu nie znaleźli. Pokazują nam mniej więcej gdzie szukali i z Ewą budzą się w nas ostatnie pokłady energii. Ciężko wg. mapy namierzyć dokładną lokalizację lampionu, więc po prostu czeszemy góra-dół po 100/200 metrów i trawersujemy powoli zbocze. Już się mieliśmy poddać, kiedy Ewa spotkała dwie osoby które właśnie schodziły z PK10. Nachylenie zbocza i przedzieranie się na prawdę potrafi wypompować. W poszukiwania lampionu przyłączają się kolejne osoby i oto w końcu jest! Perforujemy i mamy zaliczone połowę Punktów Kontrolnych, więc będziemy klasyfikowani i dostaniemy medal:) Plan minimum, który stał się dla nas chyba maksimum – zrealizowany. Jest satysfakcja, szkoda, że nie ma wody, bo jesteśmy tak wysuszeni od ciągłego przedzierania się, że organizm już się wzbrania przed jedzeniem czegokolwiek. Ustalamy, że schodzimy do Kunkowej, zaopatrujemy się w jakimś sklepie spożywczym i idziemy do PK8, albo PK9. Niestety wsie w Beskidzie Niskim są dosyć wymarłe i nasz plan bierze w łeb bo w okolicy nie ma żadnego sklepu, za to za górami jest jedna stacja benzynowa. Jakieś 7 km trzymając się w miarę wygodnych dróg i wracamy do Uścia Gorlickiego. Pozostaje nam jeszcze przeprawa przez rzekę zasilającą zbiornik wodny. Podłoże jest mocno gliniaste, więc taki numer jak wcześniej już nie przejdzie. Pokonujemy po kawałku, od wysepki do wysepki, po kamieniach i na brzeg. Raz się mocniej zapadłem w glinę, więc SPA mam zaliczone. Po drodze zaliczamy jeszcze stację, obkupujemy się dosyć mocno, a płacimy mniej niż w Biedronce… W drodze do bazy spotykamy po raz kolejny Ślązaków:)

Odbieramy medale i piwo, a ja wyrzucam swoje buty które zostały dobite na Mordowniku 🙂

Byliśmy jednymi z ostatnich sklasyfikowanych, mniej więcej połowa startujących dotarła w wyznaczonym czasie z minimalną wymaganą ilością znalezionych PK. Radość jest tym większa, że dopiero w trakcie biegu zobaczyliśmy na co się pisaliśmy, że to jednak trudniejsza zabawa niż Kierat i 60 km po górach nas totalnie ściorało, ale daliśmy radę załapać się do klasyfikacji. Dopiero wczoraj pogodziłem się z myślą, że jednak chcę wrócić na Mordownika w przyszłości, a nie dać sobie z tym spokój. Organizacja na wysokim poziomie, duże wyzwanie, no i… gdzie na mecie czeka na Was piwo? 🙂

Zdjęcia autorstwa Katarzyny.

Jeśli ktoś dysponuje filmikami/zdjęciami z przeprawy przez rzekę to proszę o kontakt.

Posted on 15/09/2018, in Górki i pagórki, Wyrypy i trochę trudniejsze wypady and tagged , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 3 Komentarze.

  1. Nawigator

    Jak na rajdzie na orientację zaskoczeniem może być zakaz używania GPS?

    • To był dopiero mój drugi rajd na orientację, a na wcześniejszym można było korzystać, aczkolwiek nie było to specjalnie konieczne.

  1. Pingback: Podsumowanie roku 2018 | Turystyka górska i wspinaczka

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: