Wszędzie jest dalej niż się wydaje – Kierat 2019


Rok temu, po wycofaniu się przed 10 PK powiedzieliśmy sobie, że w 2019 wracamy na Kierat i będziemy lepiej przygotowani. Veni, Vidi, Vici!

W tym roku psychikę łamała Przehyba

W tym roku szczególne słowa uznania ślę w stronę wolontariuszy i sędziów na punktach kontrolnych. Od tygodnia lał deszcz, pogoda na biegu też nie rozpieszczała, a o przygotowanie i obsługę punktów trzeba było zadbać. Podejrzewam, że znaleźliby przyjemniejszy sposób spędzania czasu niż zarywanie nocki żeby moknąć, marznąć, i mierzyć czas gdzieś w lesie, nieraz jeszcze motywując do dalszego napierania. Bez Tych ludzi to nie byłoby to samo i należy Im się podziękowanie. Na długo chyba zapamiętam 5 PK, gdzie dwójka młodych dzieciaków w nocy podawała wodę i pilnowała ogniska żeby można się było ogrzać.

Wróćmy teraz do sedna. Tuż przed startem na stronie www.maratonkierat.pl mogliśmy przeczytać: „Trasa tegorocznego Kieratu z założenia nie miała być trudna, ale aura zadbała, by była godna miana ekstremalnej imprezy.”

Dokładnie tak.

Zapisało się 658 osób, na start w takich warunkach zdecydowało się 566, pokonało całą trasę 383.

Na trasie rządziło błoto

Na trasie rządziło błoto

24.05.2019, godzina 18:00, stoimy blisko linii startu, wystrzał i GO! Tym razem nie idziemy tylko ruszyliśmy szybkim truchtem, najpierw spory kawałek asfaltem, góra, dół, góra, dół, zadyszki nie złapaliśmy, ale już widzimy, że ubrani jesteśmy za ciepło i szybko kurtki chowamy to plecaka (resztę trasy będziemy je nieść, ew. spać na nich), można było robić skrót przez polne drogi, ale podelektujmy się jeszcze suchymi butami.

PK1 – wiata turystyczna na północnym stoku Cichonia, czas 18:50. Jak dla nas rewelacja.

Teraz zaczyna się właściwa część Kieratu, czyli leśne drogi i poruszanie się w mniejszych grupkach, lub pojedynczo. Korygujemy nasz pierwotny plan dotarcia do PK2, jak się okazało słusznie, bo bez większych problemów, a jedynie już ubłoceni (na razie jest błoto zasysające buty) odbijamy się o 19:30. Swoją drogą dopiero dzisiaj skojarzyłem, że kilka lat temu krążyliśmy po tych terenach w trakcie burzy i gradobicia, relacja tutaj.

Do PK3 grzejemy zielonym szlakiem przez Ostrą i Jeżową Wodę, a później na pałę ostro w dół. Biegło się na tyle dobrze, że nie skorygowaliśmy kierunku i po wybiegnięciu z lasu robimy trawers z lekkim podejściem przez pola do PK3. Godzina 20:27, 15 kilometr. W zeszłym roku na 3PK byliśmy już w ciemnościach, a teraz mamy czas na banana i dojście do szlaku który wyprowadza nas dokładnie na PK4 – Skiełek, polana szczytowa.

Teraz się zaczyna nawigacja w lesie po ciemku, obieramy azymut, dróżka, dróżka, w lesie przyłącza się do nas na jakiś czas jeszcze jeden zawodnik i w trójkę truchtamy w dół poprawiając czas. W Jastrzębiu natrafiamy na jeszcze jednego zawodnika który rozmawia z mocno podchmielonym gospodarzem podwórka po czym idą razem gdzieś za dom… tam na pewno jest skrót! Dobiegamy, gospodarz tłumaczy mniej więcej jak iść i po zaszczytnym uścisku ręki zasuwamy przez jakieś winnice, skaczemy przez płoty i o godzinie 22:44 meldujemy się w PK5 – Góra Zyndrama, Pomnik Grunwaldzki. To był chyba jeszcze krótszy wariant niż optymalny budowniczego trasy:) Chciałbym jeszcze zaznaczyć, że w zeszłym roku na PK5 zameldowaliśmy się dopiero o 3:29, więc progres jest dobrze widoczny.

Kolejny PK dla mnie był najbardziej ekstremalny. 10 km przelotu między punktami, trawers bezszlakowy zboczy masywu Koziarza i 650 m w pionie. Plan był taki, żeby Dunajec przekraczać mostem po prawej i iść grzbietem do wieży, a następnie dróżką w dół. Wady tego szlaku to dokładanie sobie kilometrów i podejść, oraz fakt, że nie widzieliśmy żeby ktoś wpadł na taki pomysł. Plusem była łatwiejsza nawigacja, ale skoro wszyscy cisną w lewo w las, to też zaryzykujemy. Najpierw szliśmy w grupie około 10 osobowej, ale co rozwidlenie to ktoś gdzieś odchodził, aż w końcu zostaliśmy sami, zdani na siebie. Dróżki pokręcone jak nie wiem co, najzabawniejsze, że co jakiś czas mija się innych ludzi i dalej każdy idzie w inną stronę (łącznie z tym, że ktoś szedł tam skąd my przychodziliśmy), ale zakręcić się nocą w lesie nie jest trudno. Po nie wiem jakim czasie i chodzeniu góra, dół, trafiamy na grupkę która sprawia wrażenie, że wie gdzie jest ( bo ja już nie jestem pewny), mają nawigację, no to idziemy… I tak weszliśmy w ślepą uliczkę i było trzeba wracać. Zaliczamy błoto za kostki, zalane łąki, przekraczanie pastuchów elektrycznych (trochę mało komfortowo się czułem stojąc w rozkroku na śliskiej trawie/błocie. Zaczyna nam dokuczać już zmęczenie i nagle… mega zdziwienie – wyszliśmy centralnie na PK6 (godz 01:33). Chwila odpoczynku na kamieniach i zbieg po błocie do Obidzy, a następnie podejście po innym błocie do PK7. Podczas zbiegu przypomniały mi się pewne zawody biegowe rodem z Anglii:

 

PK7 jest ostatnim przed masakrycznym podejściem na Przehybę, od początku wiedzieliśmy, że to będzie masakra, 550 metrów podejścia na 6 km. Uznajemy jednak, że trochę sił jeszcze mamy, a na górze czeka schronisko z ciepłym jedzeniem. Niestety błąd taktyczny w tym miejscu zadecydował o pozostałej części trasy, to że już po kilkuset metrach zwolniliśmy to jedno, ale mokre stopy właśnie na tym podejściu zaczęły boleć. Posuwaliśmy się powoli do przodu, ale co chwilę ktoś nas wyprzedzał i zanim z lasu doszliśmy do szlaku to już byliśmy ok 20 miejsc niżej. Narażam się Ewie mówiąc, że kojarzę drogę. Patrzę na mapę jest jakiś kamień, krzyż i od tego długość paznokcia do schroniska. Znaleźliśmy wychodnię skalną, przypomniało mi się, że w tym miejscu wchodziliśmy na szlak jak robiliśmy OR z Norbetem, niestety spory kawałek dalej znalazłem kolejną wychodnię skalną, tym razem z kapliczką… Mówię Ewie, że to w takim razie od tego miejsca, skała jest, kapliczka jest, czyli się zgadza… Idziemy, idziemy, dłuży się coraz bardziej i… dochodzimy do Głazu św. Kingi z krzyżem i kapliczką. Nie będę tutaj opisywał reakcji, ale już mi zabroniła mówić, że coś gdzieś jest na długość paznokcia

Schronisko na Przehybie osiągamy o godzinie 05:07 i możemy podziwiać wschód słońca z widokiem na Tatry (w zeszłym roku wschód nas złapał na Szczeblu – 5PK)

Widok z okolic schroniska na Przehybie

Widok z okolic schroniska na Przehybie

W schronie jemy (mimo, iż po ostatniej wizycie w tym miejscu zarzekaliśmy się, że nigdy nic więcej tutaj nie zjemy), nie pamiętam, czy to był żurek, czy coś innego, ale było pyszne, Panie w schronisku bardzo sympatyczne, a kawa mimo, że rozpuszczalne genialna:) Robimy porządek ze stopami – mycie, suszenie, smarowanie, nowe skarpetki (odkryłem, że podłużne pęcherze bolą bardziej niż klasyczne), chwilę śpimy. Ktoś nagle przy naszym stole zdejmuje buty, skarpetki i zaczyna smarować stopy wazeliną… ludzie tu chcą żyć, zjeść normalnie, wszyscy schodzą do łazienki, a przy naszym stoliku użyto broni biologicznej! Ewakuacja. Najedzeni, napojeni, ruszamy do PK9. Póki nogi niosą biegniemy, trawersujemy Dzwonkówkę zyskując może 5, może 10 sekund, prosta nawigacja i o 8:41 jesteśmy w PK9 (62km i 2850m podejść wg optymalnych wariantów). Wietrzenie stóp, chwila leżenia i znowu w drogę.

W drodze do 10 PK po drodze mamy do pokonania potok który po ostatnich opadach trochę urósł i zalał drogę. Ja ze swoimi długimi szczudłami przedostałem się na drugi brzeg suchą stopą, Ewę zalało. Kawałek dalej zaczepia nas jakaś kobieta z psem i opowiada, że w tym roku nie startuje w Kieracie tylko tak spaceruje ze znajomymi, jak zorientowała się, że Ewa ma przemoczone buty i skarpetki to reakcje nas zatkała. Zdjęła swoje i daje Ewie. Było to trochę niesamowite, nie codziennie przypadkowo spotkana osoba oddaje skarpetki w których chodzi:)

Kawałek dalej atakujemy Lewiatana, lody, drożdżówki, biorę jakiegoś super shake’a for man z proteinami, rocket fuelem, double blastem i nie wiadomo czym jeszcze, czytam etykietę po wyjściu ze sklepu, a tam 95% mleko 5% aromaty i barwniki… zepsuli mleko i podnieśli cenę pięciokrotnie!

Rozsiadamy się pod sklepem jak żule, tylko że zamiast piwa spożywamy nasz prowiant i zbieramy siły na podejście do PK10 (450m). Słońce operuje już mocno, a tu trzeba iść. Przynajmniej łatwy do odnalezienia.

Za PK10 popełniamy błąd nawigacyjny i zamiast iść przez Twarogi, schodzimy w prawo w dół (przecież zamiast podchodzić możemy trawersować) niestety droga nam się kończy, musimy przedzierać się przez chaszcze, dwa razy odganiamy się od luźno biegających psów (jakaś babulinka krzyczała do nas, że biegają luzem bo tutaj chodzi zła lisa). Koniec końców wracamy tam skąd przyszliśmy bogatsi o mokre buty, i kawał dodatkowej drogi. Mniej więcej w połowie Ewa mimo swoich kryzysów przejmuje mapę i prowadzi, ja mam problem nadążyć z tyłu. Droga zaczyna się dłużyć, ale jeszcze w miarę nieźle idziemy. Odbicie w PK11 o godzinie 13:45, padamy na trawę i w momencie usypiamy (nawet mrówki nam nie przeszkadzały).

Po kwadransie budzimy się i idziemy dalej, nagle słyszymy „Jak skarpetki?!”, znowu spotykamy dobrą duszę, życzymy sobie powodzenia i każdy idzie w swoją stronę.

PK12 – Poszło dosyć szybko, zawodnicy których mijamy widzimy, że też już odczuwają dystans i większość kuleje, albo ledwo powłóczy nogami (podobnie jak my).

W dodze do PK 13 najpierw schodzimy do Szczawy, a następnie czeka nas strome i długie podejście. W Szczawie odcięło nam prąd i kładziemy się na kawałku trawy u kogoś przed bramą wjazdową, odpoczywamy tak dłuższą chwilę, po czym wyciągamy rezerwowe żele. Ja pierwszy raz w życiu zapodałem sobie taki specyfik i nie wiem na ile to głowa zapracowała, a na ile żel, ale stopy zaczęły jakby mniej boleć, energia wróciła i całe podejście zrobiliśmy z jedną przerwą. Niestety później mikstura Panoramixa XXI wieku przestała działać i znowu głowa musiała przekonywać nogi żeby obydwie nie zostały z tyłu. Jakby tego było mało coś nakombinowaliśmy i chyba znowu zrobiliśmy jakiś dłuższy wariant. Na szczęście PK13 udało się w miarę prosto namierzyć, a jak się odbiliśmy to wiedzieliśmy, że jesteśmy już na prawdę blisko. Siadamy na chwilę, dojadamy batony i ruszamy. Ostatnie 9 kilometrów, ostatnie 100 metrów podejścia. Wydawało mi się, że dobrze nawiguję, ale po Kieracie doszedłem do wniosku, że już po prosu wzrok zawodził, nie widziałem na mapie ani jednej polany na Dzielcu, chociaż są zaznaczone dwie, a dróżkę przecinającą naszą widziałem jedną, a nie kilka jak jest faktycznie. Efektem było błądzenie i wkurzanie się, że ostatni punkt tyle czasu zabiera. Razem z nami szuka go jeszcze jeden zawodnik z nawigacją i też już wkurzony i zmęczony mówi, że przecież to powinno być tutaj gdzie stoimy! Czeszemy las i w końcu jest! PK14 odbity o 19:25, teraz jeszcze tylko prosta droga w dół do bazy, ostatnie 5 km w tym znaczna część chodnikiem… Prawie półtorej godziny szliśmy.

Na mecie zameldowaliśmy się o 20:45, w generalnej klasyfikacji jesteśmy centralnie w połowie, Ewa w swojej kategorii kobiet – 30 na 81 które wystartowały. Najbardziej cieszy chyba fakt dotarcia do mety, że zmierzyliśmy się z Kieratem i daliśmy radę, dodatkowo jak na warunki jakie panowały, czas jest satysfakcjonujący. Nie chcę gdybać, że gdyby okoliczności przyrody były inne, skarpetek więcej, błądzenia mniej to by było lepiej, ale dopóki mieliśmy energię i nie popełnialiśmy wielkich błędów to szliśmy na złamanie 20 godzin, o czym wcześniej nawet nie marzyliśmy.

Są lekcje na przyszłość do odrobienia i jak wrócimy za rok to zobaczymy z jakim efektem, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia:)

 

Na koniec dodam jeszcze o ciekawej sytuacji jaka miała miejsce podczas podchodzenia na Przehybę. Idziemy lasem, zaczyna się robić jasno i nagle wydawało mi się, że widzę schronisko, powiedziałem to Ewie, na co odpowiedziała „No wiem przecież też widzę”. Okazało się, że schroniska w okolicy nie ma, jak wygląda to na Przehybie nie pamiętaliśmy, a widzieliśmy dokładnie to samo w tym samym czasie, taka zbiorowa halucynacja, o jakiej czytałem, że np. himalaiści doświadczają na dużych wysokościach gdy obydwaj słyszą, że lina którą są związani śpiewa piosenkę i słyszą tą samą.

Dziwne to było uczucie.

Mam nadzieję, że komuś chciało się czytać, ale 100 km trochę trwa (endomondo wskazało 135, ale w rzeczywistości wątpię żeby było więcej niż 120).

Posted on 28/05/2019, in Górki i pagórki, Wyrypy i trochę trudniejsze wypady and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 4 Komentarze.

  1. Artur Szymanowski

    Wielkie gratulacje 🙂 Wiem jak to bywa pod koniec takich dystansów, wiec tym bardziej graty 🙂 A i wynik dobry. Na kieracie ile wynosi limit czasu?

  2. Hej, gratulacje! Fajna relacja! Ciekawie jest poczytać o zmaganiach innych z tą samą trasą 🙂 Nastawialiście budzik przed drzemką czy na czuja spanie? Ja bym się bała chyba że zaśpię i metę mi zamkną 😀

    • Drzemki z budzikiem były, ale jak usnąłem to nawet mrówki mi nie przeszkadzały, więc trzeba się pilnować żeby wstać od razu, a nie włączać kilka drzemek:D
      Powodzenia w kolejnych biegach.

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: