Orla Perć – wyrobić sobie własne zdanie


O Orlej Perci napisano już wiele, wydano specjalną mapę dla tego 6 kilometrowego odcinka szlaku, a w internecie od lat trwa dyskusja czy trudniejsze jest przejście drabinki na Koziej Przełęczy, czy szczeliny na Granatach. Przyszedł czas wyrobić swoje własne zdanie o tym najtrudniejszym tatrzańskim szlaku.

Gdzieś wszedłem, chyba nawet na grań

Budzik ustawiłem na 23:00. Tym razem trzeba szybko spać i nieco ponad godzina z zamkniętymi oczami musi wystarczyć. Przed 1:00 parkuję w Kuźnicach i co nie powinno dziwić w wakacyjny weekend, nie ja jeden zbieram się na szlak o tej porze. Na parkingu rozmawiam jeszcze chwilę z częstochowską ekipą, wybierają się na Kościelca, sądząc bo ubiorze i sprzęcie biegiem. Mój plecak jest trochę większy, wpakowałem do niego jeszcze aparat, przytroczyłem kask, ale buty mam biegowe więc ruszam z kopyta pierwszy w stronę żółtego szlaku prowadzącego Doliną Jaworzynki.

Kolejna noc bez księżyca, więc czołówka jest niezbędna, na szlaku trochę zwalniam, ale staram się trzymać żwawe tempo, dobrze mieć świadomość, że ktoś z tyłu jeszcze tędy idzie, ale na tyle się oddaliłem, że całą czarną, śpiącą dolinę mam dla siebie. Gdy dochodzę do zakrętu w prawo i schodów już czuję się prawie jak w domu, wiem, że jeszcze chwila i wyjdę z lasu i zobaczę w dole światła Zakopanego. Poza światłami Zakopanego, zobaczyłem w dole jeszcze czołówki – kurczę, daleko są, albo jak zasuwam, albo oni wystartowali sporo później. Do schroniska czas skróciłem o połowę, pierwotnym zamiarem było zdążyć na wschód słońca na Świnicę przez Zawrat, więc wszelkie jedzenie odpuszczam i lecę dalej. Wracają wspomnienia, jak 10 lat temu z Kamurem słuchaliśmy rykowiska, albo moje początki w Tatrach z Kiełbasą, KwaQiem i ekpią z Warszawy gdzie w przerwach między piciem robiliśmy trasę Murowaniec – Czarny Staw Gąsienicowy, a następnego dnia wchodziliśmy na Kościelec w palącym słońcu… albo po prostu nas suszyło.

Dobra, wracam z podróży w czasie i o 3:30 lądujemy w pobliżu Kościelcowego Kotła. Pora zrobić jakieś zdjęcie aparatem. Problem jest taki, że nie wziąłem statywu (nawet nie planowałem) i tylko straciłem czas na zabawę z ustawieniami aparatu, a zdjęcia wyszły do d… Dodatkowo tak się zakręciłem, że z rozbiegu wpakowałem się w jakiś żleb. Nigdy nie podchodziłem z tej strony na Zawrat, czytałem, że są trudności, ale dały mi trochę do myślenia nieudeptane trawki i brak oznaczeń szlaku, zacząłem ostrożnie schodzić, ale wpakowałem się w trochę psychiczne miejsce na śliskich kamieniach i spędziłem w żlebie łącznie ok 30 minut. Jak później patrzyłem to dałoby się przejść cały, tylko z drugiej strony musiałbym schodzić przez kosówkę. No cóż wschodu na Świnicy nie będzie, ale na Zawracie jeszcze ciągle może być. Znowu zwiększam tempo, kropelki potu kapią mi z kasku, docieram w końcu do łańcuchów. Nawet nie spodziewałem się takiej fajnej zabawy, myślałem, że to krótki odcinek, ale trochę tej biżuterii tutaj zamontowali. Na przełęczy Zawrat melduję się po 3 godzinach z minutami, więc mimo półgodzinnego błądzenia skróciłem czas o ponad półtorej godziny. Pora zjeść bułkę, bo wiadomo. Taką bułkę to poczujesz. Oprócz mnie na przełęczy tylko jedna ekipa która po wschodzi się rozdziela i nikt nie planuje przechodzić Orlej Perci. Wschód jest marny, słońce cały czas za chmurami, może jedynie Ci co poszli na Granaty mają trochę lepszy widok. Czekamy i czekamy, a słońca nie widać, za to od stania w miejscu robi się zimno. Pora rozpocząć właściwą zabawę i ruszam w stronę Małego Koziego. Z grani mogę dostrzec na Kościelcu Częstochowską ekipę, pozują do zdjęcia, ale nie mam aż takiego zooma. Kawałek dalej spotykam na Orlej turystę z Opola, „Cześć”, „Cześć”, „Ależ ten szlak jest piękny”, „I aż dziwne, że pusty”. Resztę trasy będziemy się nawzajem wyprzedzać przez większą część nawet się nie widząc dzięki czemu można było odnieść wrażenie, że cała Orla Perć jest tylko dla mnie. Przypominam, że jest weekend wakacyjny.

Podejście na Zawrat ma więcej sztucznych ułatwień niż się spodziewałem
Trójka biegaczy z Częstochowy na Kościelcu
Chmury typu kowadło, czyli gwarancja burzy
Jak już wspominałem – wschody bywały lepsze

W okolicach Małego Koziego Wierchu spotykam fotografa (jemu się chciało dźwigać statyw).

Fotograf

I teraz zaznaczę, że nie będę tutaj opisywał trudności na szlaku, gdzie są klamry, gdzie łańcuchy gdzie drabiny (trochę zdjęć poglądowych będzie na dole wpisu) bo zrobili to już inni i pewnie lepiej i dokładniej niż gdybym ja miał się tego podjąć. Ja zapamiętam Orlą Perć jako ciąg różnych trudności, przechodzących płynnie od jednej do drugiej, przewinięcia na północną i południową część ściany (bo wbrew powszechnej opinii Orla Perć przez większość trasy jednak nie prowadzi granią). Zaskakująca była również liczba zejść i podejść, a na dystansie 6 km to może zmęczyć.

Wracając do Orlej Perci, fajnie było wejść na Zamarłą Turnię na którą niektórzy wspinają się bez zabezpieczeń, zobaczyć słynny kamień, który jeszcze stoi, zejść drabinką na Kozią przełęcz. W ogóle to dochodząc na Kozią Przełęcz zdziwiłem się, że w dalszym ciągu skracam czasy, chociaż kompletnie tego nie planowałem. Na pewno sprzyja mi pogoda, tylko nieliczne płaty śniegu na trasie, brak tłumów… no i mniej więcej od 8-9 rano pomruki burzy na Słowacji.

Pierwszych turystów spotykam na Kozim Wierchu, tutaj już poczułem zmęczenie i musiałem usiąść i uzupełnić energię. Dodam przy okazji, że dzisiaj na szlaku od rana spotykałem normalnych turystów z którymi można luźno pogadać i są odpowiednio przygotowani, trampkarze i torebki kończyli w Murowańcu. I tak powinno być.

Po północnej stronie miejscami było ślisko i gdzieniegdzie zalegał jeszcze śnieg
Giewont i Kościelce
Miejsce do podziwiania lufy
Piękne ściany Zamarłej Turni
Kozia Drabinka
Słynna drabika – na żywo nie czuć tej krzywizny
Słońce oświetla Tatry Zachodnie
Od Mięguszy po Krywań
Walentkowy łapie promienie
W stronę Świnicy
Na zakrętach trzeba uważać
Bielskie i Wysokie prześwietlone

Dalsza część wędrówki podobnie jak od początku to podejścia, zejścia, łańcuchy, klamry, nagle pyk i słynna szczelina na Granatach. Dla niższych pewnie niewygodna, ale ani tego łańcucha, ani drabinki bym nie wyróżniał jako tych naj. Naj na Orlej Perci moim zdaniem to też nie widoki towarzyszące trasie, to co czyni ten szlak takim wyjątkowym to całość. Taki plac zabaw, albo park linowy dla trochę większych dzieci. Na Skrajnym Granacie urządzam sobie kolejną przerwę na jedzenie spotykając tutaj kolejnych turystów. Chmur coraz więcej, grzmi coraz częściej, ale pogoda jeszcze wytrzymuje, a ja muszę odpocząć żeby sił i koncentracji starczyło do powrotu.

Nie tylko grań i łańcuchy
Piękna trasa, na zdjęciach wygląda groźniej – komin pod Czarnym Mniszkiem
Jest przestrzeń
Żółta Turnia i Wierch pod Fajki
Widok z Granatów
Babia Góra w tle

Ostatni odcinek niczym nie ustępuje wcześniejszym, trochę po grani, łańcuchy i klamry, w górę i w dół i to co mnie już męczyło to większa kruszyzna niż wcześniej.

Po 5 godzinach od wyruszenia z Zawratu melduję się na przełęczy Krzyżne. Chciałem przejść w 6-7 godzin, udało się w mniej niż 5. Pogoda wytrzymała, jestem zadowolony. Po chwili dochodzi na przełęcz Opolanin, chwilę rozmawiamy, przez cały dzień nie było widać nikogo innego przechodzącego OP i jedynie małe grupki na Granatach i Kozim Wierchu, prawdopodobnie byliśmy tego dnia jedynymi którzy wybrali ten szlak.

Coraz więcej chmur
Jeszcze więcej chmur
Upragniona Przełęcz Krzyżne

Teraz jeszcze tylko zejście Doliną Pańszczyca wśród dźwięków świstaków, uzupełniając witaminy jeszcze zimnym piwem.

Ludzie – mrówki w Dolinie Pańszczyca

Przy zatłoczonym Murowańcu nawet się nie zatrzymuję i przerwę urządzam sobie obok Betlejemki, później rozpoczynam zbieg przez Boczań i niestety szybko naciągam sobie po raz kolejny torebkę stawową i ostatnią godzinę kuśtykam z kijkami do samochodu.

Moja odczucia po Orlej Perci? Fantastyczny szlak który wymaga niewiele więcej niż Świnica czy Rysy, natomiast ze względu na dystans i ilość przewyższeń wymaga pewnego przygotowania do podjęcia takiego wyzwania, plusem jest to, że jest trochę miejsc z których można się wycofać w przypadku braku sił, lub załamania pogody (bo śliska skała, albo co gorsza burza mogą diametralnie zmienić odczucia i trudności). Na szlaku nie brakuje również obejść i wydeptanych ścieżek poniżej łańcuchów (lecz nie zawsze). Ja się czułem jak na jakimś treningu ogólnorozwojowym w górach. Najpierw bieg, później marszo-trucht, przy łańcucha i klamrach ręce też nieźle popracowały. W ogóle to przez większość szlaku poruszałem się nie dotykając biżuterii i poza kilkoma wyjątkami, oraz gdy burza była bliżej korzystałem jedynie z naturalnych stopni i chwytów (chociaż niektórych wykutych;) ).

Posted on 14/07/2021, in Tatry Polskie, Tatry Wysokie, Wspin and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. Artur Szymanowski

    Gratulacje, na mnie ten szlak jeszcze czeka. Próbowałem już go dwukrotnie przejść, ale musiałem schodzić ze Skrajnego Granatu, bo burza. Może do trzech razy sztuka?

    Ta drabinka też mnie zdziwiła, że jest taka ukośna, czego podczas zejścia nią, zupełnie nie czuć.

Autora najbardziej cieszą komentarze...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: