Archiwa blogu

4 lata Summitate


W tym miesiącu mijają 4 lata od kiedy zacząłem prowadzić blog górski. Tyle trwa przerwa między Igrzyskami Olimpijskimi, Mistrzostwami Świata i Europy w piłkę nożną. To chyba dobry czas na krótkie podsumowanie działalności i jakąś refleksję.

Zimowe klasyki

Read the rest of this entry

Gerlach – historia prawdziwa (wycof)


Miał być Gerlach, Ewa chciała zacząć swoją przygodę z WKT, na Rysach była na niższym wierzchołku więc się nie liczą;) Żeby zrobić start z przytupem wybraliśmy Gerlach, na wszelki wypadek najłatwiejszą drogą. Wyjeżdżamy w środku nocy tak, że wschód słońca łapie nas nad Batyżowieckim Stawem, wspaniale prezentuje się Kończysta i Kowadło które doskonale widać z dołu. Robimy sobie krótką przerwę, wydaje nam się, że na szlaku będą pustki bo w końcu środek tygodnia, a prognozy były niepewne, ruszamy… tyle, że zamiast ścieżką od stawu to kombinujemy po głazach przy zachodniej ścianie Gerlachu (może trochę szybciej, ale na pewno mniej wygodnie). Dochodzimy do Batyżowieckiej Próby, szpeimy się. Ponieważ pierwszy raz zabraliśmy ze sobą linę w Tatry to postanawiamy jej poużywać i popróbować zakładania asekuracji i stonowisk… no bo przecież nikt nas nie goni. Pokonujemy Batyżowiecką Próbę, pchamy się dalej bawiąc się jak przystało na kursantów bez instruktora z dolną i górną asekuracją, zakładanie punktów stanowiskowych itp. Idzie się super, pogoda idealna, czujemy, że jest to jeden z tych dni kiedy ma się moc i nie ważne, że spaliśmy 2 godziny i męczące podejście po ciemku dało w dupę, czujemy, że Gerlach to jest pikuś!

Kowadło na Kończystej

Read the rest of this entry

Nawet się nie rozgrzaliśmy (Polski Grzebień)


Nie ma to jak wyjechać w góry o północy po 4 godzinach snu, taszczyć plecaki i line ze szpejem, na mrozie przez ciemny las by po trzech godzinach zamarzać na zimnym piździdle podczas wschodu słońca. Nie ma jak się przekonać przy pięknej pogodzie i uzbrojeniu się, że zmrożony śnieg jest ch.. i w końcu nie ma jak od Tanapu usłyszeć miłe “Ahoj, chodnik od 1.11 jest zamknięty, najlepiej zejść na dół”.

Przynajmniej piwo mieliśmy…

Z Gulatego Kopca

Read the rest of this entry

Polski Grzebień we mgle + Giewont w totalnym mleku


O szóstej rano wyjeżdżamy Madzią Puchatego w stronę Zakopanego. Plan jest taki, że jak pogoda będzie kijowa to idziemy na Polski Grzebień (2200 m n.p.m.), a jak będzie widać słońce to atakujemy coś po naszej stronie tatr. Oczywiście, że zdobywaliśmy przełęcz na Słowacji. Koniec czerwca, a pogoda jak na początku marca tylko śniegu mniej. Dojeżdżamy do Tatrzańskiej Polanki, samochód zostawiamy przy głównej drodze i w składzie ja, Pilarka i Puchaty ruszamy asfaltem pod górę. Zaraz za parkiem koło poczty jest budka w której należy zabecalować za parking i wejście, a my zapomnieliśmy o ojrosach. Na nasze szczęście ruch był praktycznie zerowy i filanc urządził sobie drzemkę. Szybkim krokiem mijamy budę i idziemy dalej asfaltem. Po kilku minutach droga robi się już ciekawsza i ścieżka idzie prosto po kamieniach i tylko momentami przecina asfalt. Po ok. 20 minutach wchodzimy do lasu i dreptamy po kamyczkach dalej pod górę, czasami idzie się pod prąd wzdłuż Wielickiego Potoku, mijamy kilka kładek i na Wielickim Moście robimy sobie krótką sesję zdjęciową. Czas przejścia skróciliśmy o ¼ i dalej utrzymując tempo (które narzuciła Pilarka) zasuwamy pod górę. Puchaty zaczyna się zastanawiać kiedy się uspokoimy i zwolnimy trochę. Wychodzimy z lasu i ukazuje nam się we mgle ściana Gerlacha.

„Chodźmy na Gerlach”

Read the rest of this entry

%d blogerów lubi to: